Czwarta niedziela listopada lekko mroźna i słoneczna.
Wstałem za późno na wyjazd w góry, wybór został więc niewielki: twarde siodełko lub wygodny fotel.
Rzucam monetą i jak zwykle wypada orzeł - twarde siodełko.
Czasem wypada reszka - siodełko równie twarde
Ruszam więc do...
Tak, tak... nie pojadę dziś do Pragi -ponoć niezbyt atrakcyjna ona.
Wybieram wczesnozimowy las.
Docieram tu późno, poranna szadź zniknęła roztopiona, pozostała symboliczna pokrywa śnieżna i cisza.
Z rzadka tylko daje się zauważyć niewielkie poruszenie, dzięcioły,sikory i czarne kraczące drapieżniki.
Dziki, sarny i jelenie schowane. Tury i niedźwiedzie już dawno wytrzebione.
Nie wiem co z turystkami i rowerzystkami, też ich nie ma
Bliski załamania odwiedzam więc jawnogrzesznicę, ona zawsze czeka w znanym mi miejscu
Śródleśne uroczysko - ładne i trochę dziwne...straszy marnie zwisającymi szczątkami trzech facetów.
Szczęśliwie udaje mi się odjechać w lepszym niż oni stanie.
Jeszcze tylko rzut oka na zegarek
i po godzinie ląduję w wygodnym fotelu co już dawno mogłem osiągnąć gdyby nie ta feralna moneta![]()






Odpowiedz z cytatem