Inspiracją do kolejnej wycieczki była pewna relacja na pewnym forum internetowym.
Inna sprawa, że na beskidzki Kościelec chciałam iść już od bardzo dawna a a jakoś tak przez dobrych kilkanaście lat mi się nie składało, bo zawsze był z boku.
W ostatni weekend do ostatniej chwili nie było wiadome, czy w końcu pojedziemy czy nie.
Początkowo planowałyśmy wyjazd na Łysą Horę ale z ósemki osób prawie każdemu coś wypadło, ostatecznie zostałyśmy we trzy: moje koleżanki - Ela, Magda i ja.
Wyjazd był spontaniczny, w sobotę jeszcze nie było wiadome czy pojedziemy ze względu na pogodę, zadecydował telefon od Magdy (w niedzielę o 7 - brrr), która mieszka w Wilkowicach, że pogoda jest ładna i widać Skrzyczne.
O 8.30 nowego czasu wyjechałyśmy z Elą z Chorzowa, stosunkowo szybko bo już po godzinie i 15 min byłyśmy w Wilkowicach, tam szybka kawa, śniadanko i podjeżdżamy do Lipowej.
Tam Ela zorientowała się, ze w domu u Magdy został plecak a w nim jej czapka, drugie śniadanie i dokumenty, w tym samochodowe.
Na szczęście ja miałam zapasową czapkę, a z Wilkowic do Lipowej jest blisko i nikt nas nie zaczepiał.
Idziemy do góry na Kościelec, bardzo sympatyczną drogą bez szlaku.
Dookoła nas topnieją resztki po wczorajszej śnieżycy, ale pogoda jest ładna.
Kościelec przed nami:
A z boku cel dzisiejszej trasy - Skrzyczne:
Czasem ktoś nam rzuca kłody pod nogi:
Ale w końcu docieramy do szczytu:
Więcej zdjęć nie mam.
Zaraz za szczytem Kościelca zaczyna się wyraźna droga, którą schodzi się na przełączkę pomiędzy nim a Malinowską Skałą, tam już dochodzi się do szlaku żółtego, nim na Malinowską Skałę i już standardowo szlakiem na Skrzyczne.
Tam żurek, piwo, sernik i w około godzinę schodzimy przez Halę Jaskową do samochodu, który był na parkingu w Lipowej.
W sumie bardzo miła wycieczka, pogoda cały czas ładna, widać było z jednej strony Babią Górę, z drugiej strony Łysą Horę, Tatr niestety nie.
B.


Odpowiedz z cytatem