Witam,
powiem o sobie, ale też o naszych pociechach. Nie muszę specjalnie wysilać pamięci, bo chociaż moi synowie już mnie przerośli, to nawet teraz potrafimy się czasem zatrzymać na trasie nad potokiem i trochę czasu tam zabawić. Wcześniej, pamiętam, w czasie pobytu w Bieszczadach, czasami cały dzień przeznaczaliśmy na taką "przerwę regeneracyjną". Schodziliśmy wtedy do potoku, który przepływał niedaleko naszego "obozowiska" i godzinami przeszukiwaliśmy brzegi i dno potoku w poszukiwaniu najciekawszych kamieni. Potem te płaskie skakały po powierzchni wody udając kaczki, a kolorowe, kształtne były zabierane do domu. Jednego roku trochę przesadziłam i zerwała mi się szelka od wysłużonego plecaka! W potoku budowaliśmy mini zapory i zatoczki z kamieni. Puszczaliśmy łódeczki z liści, patyczków albo kory. Teraz też lubię obserwować jak taka mała flota przedziera się przez spienione kaskady i dobija do bezpiecznych przystani wśród kamieni. Woda to piękny żywioł, sprawia wrażenie żywej istoty: szumi, pluszcze, połyskuje w słońcu, mieni się kolorami, dotyka nas swoim chłodnym ciałem, głaszcze, łaskocze. Nad wodą można też spotkać sporo zwierząt. Jak się ma szczęście i trochę cierpliwości, to oprócz tych małych żyjątek pracowicie przemierzających wody i dno potoku, możemy doczekać się spotkania z zaskrońcem, który z gracją porusza się w wodzie. Dla mnie zawsze jest to ekscytujące przeżycie. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek nudziła się nad wodą. Polecam taki alternatywny sposób obcowania z bieszczadzką naturą.
Pozdrawiam,
Małgorzata



Odpowiedz z cytatem
