Jakoś tak w połowie lutego, umówiłem sie o poranku, w ogródku piwnym w którym można spozywać piwo. Słowo się rzekło, choć pogoda nie zachęcała, przybyłem chwilę przed czasem, wiec na dzień dobry wybrałem się do światyni, widać ze czasem ktoś świętuje lecz już inne obrzedy ....

Udałem się wiec pod latajace zielone paprotki, do wspomnianego wczesniej ogródka, pomimo pogody i wczesnej pory nie byłem pierwszy, tubylcy biesiadowali już w zacisznym kąciku.

Wyczekiwałem na resztę ekipy, w końcu w oddali, z zamieci wyłoniły sie czerwone postacie. Mogła to być tylko grupa GOPR lub... Czerwony Kapturek, nadzieję miałem na Kapturka.

Po chwili zjawiła się reszta ekipy. Skorzystawszy z ogródka zgodnie z przeznaczeniem, jednogłosnie ustaliliśmy ze o tej porze i w tych warunkach tylko kawa, czarna, gorąca ...
Udalismy sie do kwatery w Żurawinie.
Po śniadaniu, ogrzaniu, stwierdziliśmy ze wobec aury tylko krótki spacer nad San,
pogoda utrwalała nas w tym postanwienu.

Już blisko będąc, pogoda zmieniła zdanie, a my wraz z nią, czyniąc ostry skręt w lewo.

Postanowiłem podtrzymać chwilę granicę,

pojawiły się widoki..

W lesie pojawiła się SG, udzieliła nam kilku cennych informacji turystyczno-historycznych,
a my dotarliśmy do bram zrekultywowanej i prywatnej obecnie wsi.

Jako że dzień nie przestawa nas zadziwiać swą krasotą udaliśmy sie w strone cywilizacji.

Tam zaś nabyta została, nie co innego, tylko żurawinówka. Z lokalną ludnością próbowaliśmy ustalić ilość mostkow dzielących nas od noclegu, jeden nam sie nie zgadzał i był przedmiotem sporu, wiec postanowiliśmy obadać to doswiadczalnie, tym bardziej ze i tak tamtędy biegła nasza droga, wiec co mostek wznoslismy toast.


Jak to w Bieszczadach spotkalismy dziką, zupełnie nie płochliwą zwierzyną czyli jak demokratycznie ustaliliśmy żubry, a co do mostkow ... miejscowi liczyli dokładniej, albo nam sie skonczyła miarka


Nazajutrz jako że, była to niedziela postanowiliśmy odwiedzić bojkowską cerkiew, zachęceni możliwością poogladania jej wnetrza, tym bardziej że było to blisko za górką, poszliśmy wiec na skróty , lecz nim dotarlismy... Zawsze się zastanawiałem skąd się biorą chmury? , teraz juz wiem widziałem Fabrykę Chmur w oddali.

Droga co to krótką być miała, wiodła obok zmarzłego stawu

przez ostoję dzikiej acz sztywnej z lekka zwierzyny.

Światynia z zewnatrz dużo ciekawsza była.

Korzystajac z błekitnego nieba wybraliśmy inny, skrót przez zatoke wiódł,

my dla odmiany pośliśmy pod górę,

do ostoji zwierza dzikiego.

Okazało się z w ostoji zwierz ma dwa domki wypoczynkowe postawione zapewne przez miłosników przyrody,

dzwieki jakieś dziwne z za krzaków dochodziły a pod butami chrzęściły kości a raczej gnaty, może dobrze że przykryte białym puchem.
Droga powrotna już bez przygód prowadziła do jedynago budynku wsi Żurawin