poniedziałek 3 sierpień SIANKI
Pobudka koło 8, śniadanie i koło 9 wyjazd. Kierujemy się samochodami w kierunku parkingu w Bukowcu. Mijamy Ustrzyki Górne i w Stuposianach skręcamu na Muczne. Już droga Stuposiany-Muczne sprawia wrażenie, że jesteśmy gdzieś daaaleko od cywilizacji. Muczne dziwna mała osada w sercu lasu. Jedziemy dalej do Tarnawy Niżnej. W Tarnawie w budce kupujemy bilety wjazdu samochodami na teren BPN do parkingu w Bukowcu (5 zł. za samochód). Rozmawiamy z 2 paniami w budce parkingowej (mama i córka). Dowiadujemy się, iż na stałe mieszka tam 6 rodzin. Jest im tutaj dobrze i nie zamienili by tego miejsca na żadne inne. Tarnawa Niżna robi niesamowite wrażenie. Naprawdę jakby koniec świata. Dowiadujemy się, że do parkingu w Bukowcu mamy samochodem jakieś 10-12 km, a droga niezaciekawa ale przejezdna. Jedziemy. Droga wąska, wokół drzewa - ciarki przechodzą trochę po plecach, tym bardziej jak zdaję sobie sprawę, w którym miejscu na mapie jesteśmy. Jedziemy, jedziemy - droga coraz gorsza, ciężko autem przejechać, ale da się radę. W końcu po lewej stronie w oddali zauważamy jakieś miejsce parkingowe. Oto trawiasty parking w Bukowcu. Na miejscu jesteśmy o 11. Spotykamy 2 rodziny spod Warszawy, chwila odpoczynku i ruszamy.
Pogoda równie piękna jak na Połoninie Wetlińskiej - ciepło, ale coś jakgdyby się kręci w powietrzu. Droga wąska - idziemy sami - czuje się jak na końcu świata. Zdaje sobie sprawę, że tu gdzie jesteśmy teraz, przed wojną tętniło życie. Duże wioski, Sianki, w których mieszkało tysiąc osób i było ośrodkiem rekreacyjnym. Tutaj przechodziła linia kolejowa Budapeszt-Lwów. A teraz dzicz. W ramach akcji Wisła wysadzono wioski trotylem.
Po prawej stronie, nie tak znowu daleko - ukraiński pociąg. Idziemy dalej i dochodzimy do cmentarza w Beniowej. Tam robimy odpoczynek. Idąc dalej wchodzimy w naprawdę zarośnięty las. W niektórych miejscach trzeba iść z rękami w górze (zwłaszcza dzieci). Dochodzimy w końcu do schronu BPN, który dziś już nie przyjmuje gości. Co prawda obok schronu stoją jakieś 2 auta, myślę, że to być może jacyś studenci lub ktoś z BPN-u. Idziemy dalej kamienną szeroką drogą - nadal gorąco. Po pewnym czasie skręcamy w lewo znowu w gęsty las. Informacje komunikują, że do grobu Stroińskich jakaś godzina. Znowu idziemy w pozarastanym terenie, raz po raz jakimiś zarośniętymi mostkami przekraczamy strumyki. Naprawdę niesamowite wrażenie - pełna dzicz. W końcu dochodzimy do grobów Stroińskich. Myślę tutaj, że naprawdę dotarliśmy w miejsce, które przed wyjazdem w Bieszczdy postawiłem sobie za punkt honoru. Po chwili odpoczynku idziemy jeszcze na taras widokowy na ukraińskie Sianki, dochodzimy tam po 15 minutach i odpoczywamy na ławeczkach.
Niby nic takiego w tym widoku i w całej wyprawie nie było jakiś zapierających dech w piersiach widoków, krajobrazów, jednak z uwagi na egzotykę i klimat tego miejsca (najbardziej na płd-wsch wysunięty) to wszystko robi -przynajmniej na mnie- niesamowite wrażenie. Myślę, że Ci którzy tu byli doskonale wiedzą o co chodzi. W oddali (myślę, że niecały kilometr) widać ukraińskie Sianki. W głowie kotłują mi się myśli - "ciekawe jak tutaj było przed wojną, życie tętniło itp.". Odpoczywamy w spokoju z dala od zgiełku, cywilizacji. Obok spotykamy ludzi zbierających borówki. Pytamy coś o Sianki, na co panowie odpowiadają, że są tutaj pierwszy raz. Wybrali się na Borówki na koniec Polski.
Ruszamy w drogę powrotną (dzieciaki marudzą ze zmęczenia - przecieranie się wśród traw i chaszczy kosztuje trochę wysiłku). Idziemy pomału. Po jakiejś godzienie, kiedy wchodzimy na kamienną drogę prowadzącą do schronu coś zaczyna się "mielić w powietrzu". Mamy jeszcze jakieś pół godziny do schronu, a zaczyna konkretnie padać i co gorsza grzmić. W ostatniej chwili docieramy do schronu kiedy już porządznie leje i walą pioruny. Stajemy pod takim małym daszkiem przy schronie. Po chwili ktoś wychodzi ze schronu i zaprasza nas do takiego małego pomieszczenia z tyłu schronu. Pomieszczenie z otwartą bramą ma jakieś 2 na 3 metry. Jakoś się mieścimy, a dochodzi jeszcze wiele osób. Pioruny walą dookoła. Jest naprawdę strasznie. Po jakiejś godzinie przestaje w końcu padać i pomału kamienną drogą (nie wracamy przez cmentarz w Beniowej, tylko od schoronu idziemy równoległa alternatywną drogą kamienną do parkingu w Bukowcu) dochodzimy do parkingu w Bukowcu. Na parkingu jesteśmy około 18.
Przez cały dzień na "szlaku" spotkaliśmy raptem około 20 osób. Wyprawa do Sianek stanowi dla mnie niezapomniane wspomnienia. Pobyt w worku bieszczadkim to coś co polecam każdemu kto chce odpocząc od cywilizacji.
Na parkingu odpoczywamy i jedziemy po mału do Strzebowisk. W domu jesteśmy około 20 i znowu jak w sobotę wykończeni. Szybko kładziemy się spać.
Dodam, że dzień wcześniej byliśmy nas Soliną - w kontekście Sianek - pobyt nas Soliną KOMPLETNA PORAŻKA. Była to niedziela - na początek jechaliśmy w korku i nie było gdzie zaparkować. Potem dojście przez zaporę i kamienista plaża oraz TYSIĄCE ludzi. Czułem się jak nad morzem w Mielnie. KA TA STRO FA. A potem jeszcze 2 godziny w korku z powrotem do domu.
Może tym bardziej w związku z tą konfrontacją odczułem uroki wyprawy do SIANEK.
Pozdrawiam


Odpowiedz z cytatem