Kilka linijek tekstu i już dzień zleciał. No może pół. I był to dzień bardzo pracowity. Trzeba było poszukać kamieni na kuchenkę, pójść po drzewo do lasu, połamać i porąbać je na stosowne szczapki. Na szczęście nie trzeba było sprzątać pola i kibelka. Leszek z Kasią, stali bywalcy z Sopotu zadbali o porządek wcześniej.
Noc przyszła gwieździsta. Zawsze zdumiewa mnie ile gwiazd jest w Bieszczadach. W Sopocie przy najlepszej pogodzie widać wielki wóz i jeszcze kilka gwiazdozbiorów. A tu jakby ktoś kaszą sypnął. I wystarczy chwilę pogapić się, by jakaś przecięła niebo świetlistą smugą prosząc o życzenia.
Ranek wstał rośny. Słońce świeciło tysiącem brylancików na każdej trawce. Pies też chciał to zobaczyć, więc razem zrobiliśmy rundkę dookoła Duszatyna. Te kilka minut wystarczyło, by rosa obeschła i czar zniknął. Rozpoczął się dzień. No nie całkiem, bo bez porannej kawy nia ma dnia. Czajnik na kamienie i poganiam ogień do roboty.Dzień zapowiada się pracowicie. Pierwsza rzecz, to trzeba pójść do leśniczówki po kosę. Ścieżka do potoku, gdzie zawsze biorę wodę, zarosła zielskiem wysokim jak ja. Okazuje się, że większość obozowiczów chodzi po wodę do studni przy gospodarstwie. Mnie się nie chce. To za daleko i pod górkę. Olchowaty co prawda już od rana niesie żółto - brunatną wodę, bo gdzieś wyżej leśnictwo prowadzi zwózkę drewna, ale z samego rana i późnym popołudniem jest wystarczająco czysta. Koszenie to strasznie męcząca czynność. Wymagała wypicia jeszcze jednej kawy i co najmniej dwóch kąpieli w Osławie. A jeszcze trzeba było uzupełnić zapas drewna, bo obiad, bo kolacja, bo wieczorne ognisko. I ani się spostrzegłem, jak niebo przybrało wyjątkowo kiczowate barwy. Świerszcze oszalały. Gdzieś koło 22 lub trochę później odezwał się puszczyk. Najpierw tak jakoś nieśmiało: wydobył z siebie jakiś syk, przechodzący w ksztuszenie starego gruźlika by po chwili wybuchnąć czystym, tak znanym hihotem. Z dugiej strony polany odpowiedział mu kumpel, kumpela? Po chwili bezszelestnie przeleciał nad polem i zniknął w olszynach nad Osławą. Niemal każdego wieczoru odgrywał nam ten spektakl. Najpierw gdzieś na jesionach wstęp, potem kilka śmiechów dosłownie nad głową i odlot gdzieś nad Równię. Jasny polar zwabił jakąś ćmę. Chwilę posiedziała i odfrunęła w mrok. Jak ona mogła latać z tak postrzępionymi skrzydłami i to jeszcze po ciemku?
Co jutro?
Jutro będzie kolejny leniwy dzień wypełniony zupełnie nikomu nie potrzebną pracą
cdn


Odpowiedz z cytatem