Dzień 4
Piękny, rześki poranek... oczywiście ziąb niemiłosierny :), ale maślaczki w śmietanie na śniadanie zrekompensowały nam to w 100 %... Problem był z przyrządzeniem ich na takim wietrze, ale na wszystko są sposoby :) … na szczęście. Szybkie pakowanie, gdyż dziś przed nami długa droga. Jedziemy w Góry Suhard.
Przedwczorajszy długi podjazd, zamienił się w sprawny zjazd... Po drodze załapaliśmy się jeszcze na zwózkę drewna, więc mieliśmy przymusowy przystanek na zdjęcia :). Znów mijaliśmy te piękne polany i drogę krzyży... Wróciliśmy na trasę z Toplity i skierowaliśmy się na Vatra Dornei. Już wcześniej panowie coś kombinowali i wyszło na to, że będziemy skracać drogę, jadąc przez góry... Pytania były zasadnicze: gdzie skręcić i czy da się przejechać? :)Niby coś tam wynikało z mapy, ale jakie są rumuńskie mapy wiadomo :P...Ożywiwszy, więc starą zasadę „koniec języka za przewodnika”, wydelegowaliśmy Marcina, aby uzyskał informację w malutkim wioskowym sklepie, jak to faktycznie jest z tym skrótem. Na szczęście zdania nie były podzielone i wszyscy zgodnie machali rękoma w jednym kierunku :P. Ruszyliśmy, więc drogą można by rzec gruntową, przez małe, cudnie malownicze wioseczki. Zachwycały nas krajobrazy, jakie w Polsce są już unikatowe. Wielkie stogi siana wtulone w siebie na poletkach otoczonych drewnianymi płotkami. Jechaliśmy jakby ktoś nas prowadził :), bez przeszkód dotarliśmy do rozstaju dróg, który nas lekko zbił z tropu... Droga w lewo, jak i w prawo prowadziła na Vatra Dornei :)... Na szczęście nadciągnęła odsiecz, w osobie dziadunia na wozie … Co prawda wskazał nam słuszny kierunek, ale z wrażenia zaparkował centralnie w potoku :) … Rozpoczął się etap mocno terenowy. Podjazd, że tak powiem po japońsku – jako tako, natomiast zjazd podniósł nam poziom adrenaliny :). Nachylenie drogi było takie, że zjeżdżałam z fotela :), ale jakoś poszło, jakoś poszło... Po zsunięciu się w stylu alpejskim z przełęczy dotarliśmy do Panaci i zgodnie orzekliśmy, że czas na kawę... Nasza znajomość języka rumuńskiego znacznie się podniosła, więc potrafiliśmy zamówić już nie dość, że dużą to jeszcze nawet ze śmietanką. Delektując się kawką, ustaliliśmy dalszy plan działania. Nadal mieliśmy kawał drogi przed sobą, a była to dla wszystkich dziewicza wyprawa w pasmo Suhard. Zaopatrzenie na wszelki wypadek zrobiliśmy w Vatra Dornei i dalej w trasę, gdzie nas poprowadzi mapa i pani z GPSa Irka :P... Nie obyło się oczywiście bez kilku przymusowych postojów, w trakcie których Marcin, jako, że doświadczony w tej materii, upewniał się co to słuszności naszego kierunku. Problem powstał w małej knajpce, w której wcięło Marcina na dłużej. Zasada jest prosta, gdy dwóch Rumunów się kłóci o drogę, to na pewno nie da się przejechać, a co zrobić jak kłóci się pięciu :). Ryzyk fizyk – jedziemy dalej. Na drogę dostaliśmy mapkę wyrysowaną na kawałku papieru. Zobaczymy jak z jej dokładnością :P... Wjechaliśmy w leśne ostępy i brnęliśmy dalej w nieznane...Trzymając się wskazówek z mapki, skręciliśmy gdzieś tam w lewo i niespodzianka... Przed nami ujrzeliśmy dostawczy samochód ciężarowy, który o dziwo używany był przy zrywce drzewa... :) Drogę zatarasowało nam wielkie drzewo, ale momentalnie zostało usunięte i mieliśmy oczyszczony przejazd :)...no sprawne mają te urządzonka nie powiem :P Przedzieraliśmy się dalej drogami leśnymi i wielkie było nasze zaskoczenie, gdy nagle przed nami wyrosła gładziusieńka , szeroka droga szutrowa, za sponsorowana przez UE :P... Znaczy dojechaliśmy na przełęcz Suhard, więc czas rozejrzeć się za miejscem na biwak. Wersji było kilka, lecz wybraliśmy polankę ponad opuszczoną kapliczką u stóp połoniny. Oczywiście jak co dzień czekało na nas pocięte drewno :) …
Zanim udało nam się rozbić biwak, panowie oczywiście złapali za aparaty... Zachód słońca oczywiście...tym razem pomarańczowy dysk chował się za Górami Rodniańskimi... Nacieszywszy oczy, zabraliśmy się za obozowisko... czyli standardowo namioty, opał i takie tam. Marcin wyruszył z misją wydarcia ostępom leśnym kijów do kiełbasek :):P... Lasy broniły się zażarcie, najpierw zaatakowały go chmarą trzmieli leśnych, następnie wysłały niedźwiedzia, który okazał się być psem :P... Marcin jednakże nie poddał się tak łatwo, no jakby nie było na leśnika trafiło
i wyprawa została uwieńczona zdobyczą :).Gdy wszystko było juz prawie gotowe, aby spokojnie usiąść, przytrafiły nam się niespodziewane odwiedziny. Dostrzegliśmy, że w naszą stronę idą nasi „znajomi” ze zrywki, co więcej, idą i gwiżdżą. Okazało się, że przyszli prosić o kawałek chleba dla psów, które znaleźli na przełęczy, a które chcieli zabrać ze sobą :). Jako, że wiedziałam co tam słychać u nas w zapasach, odstąpiliśmy pętko kiełbasy. Pieski przyjęły je z przyjemnością, co Ewa jako naoczny świadek stwierdziła :). Siedząc przy ognisku i delektując się rumuńskim białym winkiem, snuliśmy różne opowieści... :) Marcin zaserwował nam na kolację kanapeczki na gorąco znad ogniska i przy okazji tego udzielał mi instrukcji kulinarnych. Efektem ich była przypalona jedna strona mojej kanapki :P, ale i tak była smaczna :). Gdy powoli ognisko już zaczęło dogasać, uwagę naszą zwróciło światło na grzbiecie połoniny nad nami... Na początku było to maluśkie światełko w oddali, ale z każdą chwilą stawało się wyraźniejsze i bliższe ... No niemożliwe, żeby ktoś po nocy jeździł po połoninach, przynajmniej tak nam się wydawało :). Rzuciłam od tak sobie, że pewnie zjedzie koło nas i jakież było nasze zdziwienie, gdy faktycznie tak się stało :)... No i tym sposobem uzyskaliśmy informacje, na temat możliwości wjazdu na górę. Jak oni dali radę po nocy, to co my nie damy
... tym bardziej, że w dzień :P... Zakończył się kolejny dzień naszej wyprawy... do snu grał nam wiatr świerkową kołysankę ...


... Po zsunięciu się w stylu alpejskim z przełęczy dotarliśmy do Panaci i zgodnie orzekliśmy, że czas na kawę... Nasza znajomość języka rumuńskiego znacznie się podniosła, więc potrafiliśmy zamówić już nie dość, że dużą to jeszcze nawet ze śmietanką. Delektując się kawką, ustaliliśmy dalszy plan działania. Nadal mieliśmy kawał drogi przed sobą, a była to dla wszystkich dziewicza wyprawa w pasmo Suhard. Zaopatrzenie na wszelki wypadek zrobiliśmy w Vatra Dornei i dalej w trasę, gdzie nas poprowadzi mapa i pani z GPSa Irka :P... Nie obyło się oczywiście bez kilku przymusowych postojów, w trakcie których Marcin, jako, że doświadczony w tej materii, upewniał się co to słuszności naszego kierunku. Problem powstał w małej knajpce, w której wcięło Marcina na dłużej. Zasada jest prosta, gdy dwóch Rumunów się kłóci o drogę, to na pewno nie da się przejechać, a co zrobić jak kłóci się pięciu :). Ryzyk fizyk – jedziemy dalej. Na drogę dostaliśmy mapkę wyrysowaną na kawałku papieru. Zobaczymy jak z jej dokładnością :P... Wjechaliśmy w leśne ostępy i brnęliśmy dalej w nieznane...Trzymając się wskazówek z mapki, skręciliśmy gdzieś tam w lewo i niespodzianka... Przed nami ujrzeliśmy dostawczy samochód ciężarowy, który o dziwo używany był przy zrywce drzewa... :) Drogę zatarasowało nam wielkie drzewo, ale momentalnie zostało usunięte i mieliśmy oczyszczony przejazd :)...no sprawne mają te urządzonka nie powiem :P Przedzieraliśmy się dalej drogami leśnymi i wielkie było nasze zaskoczenie, gdy nagle przed nami wyrosła gładziusieńka , szeroka droga szutrowa, za sponsorowana przez UE :P... Znaczy dojechaliśmy na przełęcz Suhard, więc czas rozejrzeć się za miejscem na biwak. Wersji było kilka, lecz wybraliśmy polankę ponad opuszczoną kapliczką u stóp połoniny. Oczywiście jak co dzień czekało na nas pocięte drewno :) …
Odpowiedz z cytatem