Dzień 5
Nagła i niepodziewana pobudka, znaczy Irek dobija się do mojego namiotu z zestawem kawowym i każe mi podziwiać widoki :). Co prawda widziałam ostro o tej porze tylko na jedno oko, bo drugie było jeszcze w stanie głębokiego uśpienia, ale widok faktycznie był przedni. Sączyłam sobie kawkę, siedząc nadal w śpiworku i było mi tak....dobrze :). Stwierdziliśmy, że Marcina chyba jak zwykle gdzieś poniosło... Powoli zaczynał się codzienny rozruch i nadeszła pora karmienia... Marcin wzgardził flaczkami, więc było więcej dla nas :P
... Mogłyśmy tez z Ewą podziwiać przedstawienie pt.: „Składanie namiotu”, oczywiście w wykonaniu panów...cytuję „ja złapie tu, ty złap tu, ja będę kręcił w jedną stronę, a ty w drugą”...:D. Skończyło się jak zwykle, czyli złożyłam te namioty :P... W trakcie pakowania auta, panom nudziło się niemiłosiernie widocznie, gdyż rozpoczęły się sesje fotograficzne skoków na tle Gór Rodniańskich :)... Sprawdziwszy czy niczego nie porzucamy, ruszyliśmy w drogę na grzbiet połoniny....
Początek podjazdu był całkiem, całkiem... Sprawnie pokonywaliśmy kolejne zakosy, pnąc się w stronę grzbietu, ale powiem szczerze, że jadąc tędy nocą miałabym poważne wątpliwości co do stanu zdrowia psychicznego kierowcy :P... Niestety skończyło się rumakowanie i przed nami pojawiły się głębokie wyrwy na drodze...
... W chwilach, gdy panowie mocno debatowali nad sposobem pokonania przeszkód, my podziwiałyśmy cudną panoramę z mocnym akcentem rodniańskim :)... Wjechaliśmy na grzbiet i przez chwilę sunęliśmy gładko w stronę Omului. W pewnym momencie zrobiło sie za stromo dla autka i był to moment, w którym postanowiliśmy wypróbować napęd dwunożny
...
Pogoda była idealna na taką trasę, słoneczko, lekki wiaterek... miodzio. Przygotowaliśmy plecaki z zapleczem technicznym, czyli picie, picie i coś do szamania :). Krokiem spacerowym ruszyliśmy na szlak. Ewa i Marcin wydarli do przodu, a ja mam już coś takiego, że lubię tuptać na końcu... i mogę sobie focić do woli i nikt mnie nie pogania... Iras wymyślił, że darujemy sobie Omului i wdrapiemy się na górę ponad nami...Oczywiście ruszył na przełaj, czyli przeciągnął mnie pod niezłą, stromą połoninkę, a i tak się okazało, że szlak biegnący drogą, przechodzi właśnie pod tym szczytem :P... Irek rozwalił się w jagodziankach, Ewa i Marcin twardo brnęli w stronę szczytu, a mnie pochłonęły kolory połonin... Z daleka obserwowałam „tańczące” nad Irkiem kruki. Na górze mocno wiało, więc schroniliśmy się za grzebieniem skalnym i oddaliśmy się błogiemu byczeniu :), w oczekiwaniu na powrót wytrwałej dwójki :P... Pozostaję w niewiedzy co działo się na szczycie Omului, ale jakoś dam radę z tym żyć ... Powróciliśmy do auta, krótki odpoczynek na posilenie się naszego kierowcy, szprotkami w oleju i zawrotka... Zjazd okazał się dużo łatwiejszy, niż podjazd i poszło nam zadziwiająco sprawnie... Ruszamy na Rotundę...
Sunąc znów po gładziutkiej szutrówce zmierzaliśmy w stronę Gór Rodniańskich. Odcinek sponsorowany przez UE, skończył się równie zaskakująco jak się zaczął i znów droga off-roadowa. Zjechaliśmy w dolinkę i znaleźliśmy się w zimowym kurorcie szumnie zwącym się „Kompleks Turystyczny Polana Zanelor”... wyciągi narciarskie, masę schronisk, baseny, masaże, zagroda z jeleniami i inne takie tam.... Po krótkiej przerwie przy jelonkach, ruszyliśmy dalej w kierunku przełęczy Rotunda. To był dzień zwierza...napotkaliśmy jeszcze łączkę nad potokiem z kozami na mostku, które stały chyba w kolejce po coś, piękne konie :P i cudne szczeniaki... W końcu dotarliśmy do przełęczy... Gdy wyjechaliśmy z lasu ujrzeliśmy malownicze widoki... oj będzie nam tu dobrze...:) Wybraliśmy też fantastyczne miejsce na obóz, wypłaszczenie na zboczu, które otoczone było przez stare okopy i drzewa układające się w okrąg... Rozpościerał się stąd oszałamiający widok na Góry Suhard, Góry Rodniańskie oraz przełęcz poniżej. Obóz stanął i nadeszła chwila wytchnienia...mogliśmy się w spokoju delektować widokami. Na łąkach poniżej pojawiły się konie, dopełniając całokształtu. Każdy z naszych biwaków był fantastyczny, ale to miejsce było dla mnie jakby magiczne... Ognisko, gwiazdy i delikatny szum drzew... leżeliśmy przy ogniu do późna..
[edit]: zmiana kolorystyczna zdjęć...![]()


... Marcin wzgardził flaczkami, więc było więcej dla nas :P
Odpowiedz z cytatem