Dzień 20
Powoli trzeba się żegnać.
Najpierw pojechaliśmy zapalić świeczkę w kapliczce, obyśmy szczęśliwie wrócili. Tylko nigdy nie wiem, czy chodzi o szczęśliwy powrót do domu, czy w Bieszczad. Przyjmuję, że chodzi o tą drugą ewentualność. Następnie zostawiamy autko na pobliskim parkingu, który już nie jest płatny, bo poza sezonem i idziemy drogą leśną do samotnej cerkwi. Po drodze widzimy, że las powoli zaczyna zmieniać swoje oblicze. Już nie jest całkiem zielony, już zaczyna nabierać innych barw… Także i tutaj bobry urządziły sobie żeremia. Zupełnie przy drodze. A ludziska obeznani z przyrodą wmawiali mi, że to są płochliwe zwierzęta. Jakby były takie płochliwe, to tutaj by sobie gruntów nie wykupiły/zalały. Nadszedł czas pożegnania się z Panią na Łopience. Jak zawsze, w cerkwi się zasiedzieliśmy. Renatka i ja musieliśmy przemyśleć kilka spraw. Tego dnia byliśmy tam sami, więc nikt nam nie przeszkadzał. Dopiero po dłuższej chwili wyszliśmy na zewnątrz. Teraz nadszedł czas aby usłyszeć taki piękny dźwięk: Psssssyt. A potem drugie psssyt. Siedzieliśmy na ławce i się raczyliśmy złocistym nektarem. Puste puszki jak zwykle zabraliśmy ze sobą i wróciliśmy statecznie na parking. Ponieważ była jeszcze wczesna pora, to postanowiłem pojechać na cmentarz. Kręta droga wyprowadziła nas do Wielkiej Szosy. Tam skręciliśmy w lewo. Po wjechaniu na przełęcz, na której powstaje nowy kombinat wypoczynkowy pojechałem dalej przed siebie. Skręciłem w pierwszą drogę w lewo i podjechałem pod sklep. Tam kupiliśmy kiełbasę, pieczywo, nektar i poszliśmy pod wiatę. Ta wiata jest prawie taka kultowa jak tamta… Piskal wie o co chodzi. Tylko, ze ta nie jest przy samym sklepie. Pod wiatą siedzi baaardzo zmęczone towarzystwo męskie. Widać, ze ciężarów się od rana napodnosili sporo. Oczywiście zapraszają nas do siebie. My sobie jemy i popijamy jedzenie, a oni tylko popijają. Dyskutowali zawzięcie o otwarciu prywatnego przedsiębiorstwa. Kiedy najedzeni postanowiliśmy wyjść spod wiaty okazało się to bardzo trudne. Nasi współbiesiadnicy zapytali się tonem nie znoszącym sprzeciwu, czy się z nimi napiję. Dlaczego nie, odpowiedziałem. Wypiłem i wtedy spokojnie mogliśmy odejść. Tylko Renatka się na mnie zgniewała. Przestała się odzywać. Zła jak osa siadła za kierownicę i poprowadziła Strzałę wzdłuż rzeczki, aż do mostu. Tutaj stoi taki okrągły, więc nie jedziemy dalej Renatka idzie w milczeniu z osami w nosie. A ja wesoły, bo pogoda jest piękna i na dopingu jestem małym. Dochodzimy do schroniska, ale do środka nie wchodzimy. Mijamy je i idziemy na cmentarz. Pierwszy raz na nim byłem i podobał mi się… Potem poszliśmy jeszcze kawałek dalej. Tam rozłożyliśmy się nad rzeką na tym co tam było, a były i kamienie i trawa. Łapaliśmy ostatnie promienie słońca w Bieszczadzie. Słońce to jest jednak fajna rzecz. Tak mocno grzało, że nie zniosły tego ciepła osy w Renatki nosie. Gdzieś się wyniosły, a do Renatki powrócił humor. Ponieważ zaczęło się robić późno postanowiliśmy wracać. Po drodze nazrywaliśmy jeszcze sporo dzikiej róży… Ponieważ ja jeszcze nie czułem się na siłach brać lejce w swoje ręce, powoziła Renatka. Mijając sklep, rzuciłem okiem na wiatę, było pod nią pusto. Po chwili próbowaliśmy minąć jednego z założycieli przedsiębiorstwa. Renatka miała trudne zadanie, bo rzucało nim po całej szerokości drogi. Udało nam się go ominąć, bo przystanął, popatrzył na nas, chyba nas poznał, bo się ukłonił. Teraz minęliśmy go i pojechaliśmy do metropolii. Minęliśmy ją i jadąc w stronę serpentyn powoli zwalnialiśmy. Skręciliśmy w lewo, w drogę i zostawiłem autko. Poszliśmy pieszo na cmentarz w środku lasu. Już myślałem, że go nie odnajdę ale udało się. Za niedługi czas będzie to miejsce prawie nie do odnalezienia. Nikt nie dba o tą nekropolię, ale też niewiele osób o niej wie. Po drodze na cerkwisko Renatka raczyła się jeżynami, które tam rosną wielkie jak arbuzy. No może trochę przesadziłem. Ja natomiast cieszyłem oczy widokami Po powrocie do auta pojechaliśmy do najbliższej siedziby gminy. Tam pożegnaliśmy się z Rysiem, a potem z Bodziem ale to już bardziej duchowo. Potem pojechaliśmy do Mrówki. Tutaj trzeba było spocząć pod jabłonką. Nie wiadomo skąd na stole znalazło się winko i już wiedziałem, że teraz ja będę powoził. Już o zmroku wróciliśmy do Zawozu….


Odpowiedz z cytatem