Dzień 21, dzień ostatni…..

Z samego rana Krzysiek nasz Gospodarz zaprowadził nas do krzewu derenia. Tam szybko nazrywaliśmy całe wiadro owocu. Zanieśliśmy je na kwaterę. I postanowiliśmy pojechać po inny surowiec na nalewki. A wiemy gdzie rośnie… Najpierw do miejscowości, w której są dzwony, a cerkwi niema. Dzwony nie dzwonią, bo są schowane. Za to jest kirkut. Tam w miejscowym sklepie nabyliśmy drogą kupna wiadra z tworzywa sztucznego w ilości sztuk kilka. Potem pojechaliśmy zrywać tarninę. Wiedzieliśmy, gdzie rośnie na południowych stokach. Podjechaliśmy prawie w to miejsce, zabraliśmy wiadra i dalej poszliśmy pieszo. Po drodze spotkaliśmy właściciela tych gruntów z dziećmi. Zapytaliśmy, czy możemy sobie narwać. Było to pytanie retoryczne. Odpowiedź była taka, jak się spodziewałem. Jak tu przyjedziecie na przyszły rok, to bez flaszki się nie pokazujcie… dodał też, że tarninę zbiera się po pierwszych mrozach, ale odpowiedziałem, że mróz to ja mogę sobie zrobić w Poznaniu. Dereń się zrywa łatwiej, krzaki derenia nie mają kolców. Pomimo kolców nazrywaliśmy sporo tarniny. Obejrzeliśmy jeszcze sobie nową siedzibę starych znajomych. Tam poznaliśmy faceta, który nas zapraszał do siebie na agroturystykę do Czystogarbu… Zapamiętałem to zaproszenie, może się jeszcze przydać. Następnie pojechaliśmy dalej w stronę Kimbówek Górnych, ale nie za daleko. Zapamiętałem miejsce, w którym rósł czarny bez. Zostawiłem autko przy szlabanie i poszliśmy z wiadrem po czarne parasole. Podczas rwania zatrzymał się obok nas samochód. Wysiadł z niego leśniczy i zapytał się, w jakim celu to zrywamy? Odpowiedziałem, ze można z czarnego bzu zrobić syrop na kaszel, ale to nie jest najlepszy pomysł i lepiej zrobić nalewkę. Leśniczy się uśmiechnął pod nosem i odrzekł, że lepsza nalewka od nalewki z czarnego bzu jest z tarniny. Odpowiedziałem mu, że całe wiadro tarniny mam w samochodzie przy szlabanie. Uśmiechnął się szeroko od ucha do ucha, życzył zdrowia i pojechał. My z czarnym bzem wróciliśmy do auta. Niedaleko rozpaliłem ostatnie tego roku ognisko w Bieszczadzie i upiekliśmy nad nim kiełbaski. Po powrocie do Zawozu nastąpiło pakowanie się do auta i bardzo delikatne pożegnanie się z Danusią i Krzysztofem. Wcześnie rano następnego dnia opuściliśmy teren Bieszczadu.

Ot i to by było na tyle. Możemy wygasić ognisko. Słowa dotrzymałem i paliłem je do samej Wielkiej Nocy. Mam nadzieję, że chociaż trochę ognisko to pomogło Wam przetrwać zimę, chociaż zima też swoje uroki ma.