Ale jest już coraz bliżej. Derty z Ewą poszli „szczytować”, a ja jeszcze ostro sapałem. Cóż nie te lata, nie ta młodość… W końcu też przyszła pora na szczytowanie przeze mnie. Byłoby całkiem przyjemnie gdyby nie ten wiatr. Wiało dosyć mocno. Wdziałem na siebie jakąś kapotę i wiatr przestał mi dokuczać. Widoczność jest super, więc natycham się tym, co mam przed oczami. Nagle słyszę; „Cześć, co słychać?” Jakiś młodzieniec stoi przede mną i się uśmiecha. Kurczę, nie znam gościa. On za to mnie chyba tak. Zauważa moje zakłopotanie i przypomina się. Otóż jest to ten sam młody człowiek, który został zaproszony przez przemiłą Joannę i jej sympatycznego męża na ich rocznicową imprezę zakończoną „Światełkiem do nieba”. Jedną z moich wielu wad jest to, że nie mam pamięci do twarzy. Nie poznałem gościa…. I tak na przyszłość uprzedzam, że jeżeli kogoś z Was nie rozpoznam, to nie znaczy, ze mam do niego jakiś żal. Nie ja po prostu nie pamiętam twarzy ludzi, których spotkałem raz, czy dwa razy… Z góry /Carycy/ przepraszam. Po odpoczynku, przekąszeniu, napiciu się postanawiamy wyruszyć na drugi cycek ten bardziej po zachodniej stronie. Nie będę wam opisywał drogi, bo na tym deptaku byli chyba prawie wszyscy. Widoki przednie, tylne i obu boczne wspaniałe się rozpościerały. Tym razem ja prowadziłem naszą trójkę, ale to mało istotny szczegół jest. Po zdobyciu drugiego cycka chwilę się nim rozkoszujemy. A co?
W sumie na górze niewiele ludzi było. Nie mogłem się nadziwić, ale nie rozpaczałem z tego powodu. Po drugim odpoczynku na górze nadszedł czas na mozolne zejście….


Odpowiedz z cytatem