Dzień 9
Od samego rana Renatka opowiada o wędzonych pstrągach. Ja też mam na nie apetyt, więc dzwonię do Kazimierzowa do Lisiej Nory. Tam one są NAJLEPSZE. Telefon odbiera Lisek Drugi - prawie najstarszy syn właścicieli. Na moje pytanie o wędzone pstrągi w słuchawce słyszę ciszę i zakłopotanie. Po chwili odzywa się Szefowa Nory, czyli Lisica. Mówi, że jeżeli mamy ochotę na wędzone pstrągi to musimy przyjechać dzisiaj. Dzisiaj jest jeszcze sierpień i się sprzedadzą, jutro już prawie po sezonie…. Dobre i to. Znaczy się, na obiad jedziemy do Kazimierzowa. Trza się zastanowić chwilę, co robić do tego czasu. Szybko podjąłem decyzję. Konie mechaniczne zawiodły nas do Dużej Szosy, w którą skręciliśmy w lewo. Minęliśmy pierwszą miejscowość, która teraz jest bardziej na północ niż była kiedyś. A zaraz za nią skręciliśmy w prawo. Tam zaparkowałem i dalej wyruszyliśmy pieszo. Szliśmy sobie szutrową droga na wschód. Po lewej minęliśmy zabudowania, a potem już nie było nic. Znaczy się była droga, łąki i my. Fajne miejsce zapomniane przez ludzi…. W pewnym miejscu widzę po lewej stronie słupek. Z mapy wyczytałem, że jest to trzysta pięćdziesiąty drugi. Nawet do niego nie podszedłem. Zignorowałem go. Taki jakoś mało okrągły numer. Poszliśmy dalej drogą. Doprowadziła ona nas do rzeki, która po wczorajszym deszczu była mocno wzburzona. A ja w naiwności swojej myślałem, że uda się nam ją przekroczyć. Może by i można było, ale byśmy byli mocno zmoczeni, a na to ochoty nie mieliśmy. Czyli zwiedzenie rezerwatu Przedkole i odnalezienie Owłosionej Skały zostawiam sobie na zaś /jak mówią niektórzy Pyrlandczycy/. Pokręciłem się nad brzegiem rzeki, zapatrzyłem się na gęsty las po jej drugiej stronie i postanowiłem tu jeszcze kiedyś powrócić. Na razie wracamy do auta. Podjeżdżamy kawałek w stronę Kazimierzowa. Zaraz po przejechaniu mostu na tej samej rzece skręcam na pobliski parking. Tam zostawiam samochód i schodzę nad wodę. Tam jest takie miejsce, gdzie jeden ciek wodny wpada do drugiego cieku. Lubię to miejsce. Wspominam ubiegły rok, kiedy w tym miejscu razem z chrześniakiem smażyliśmy tutaj w ognisku kiełbaski. Teraz nie mamy kiełbasek ze sobą. To i ognia nie rozpalamy….


Odpowiedz z cytatem
. Jak idzie budowa i dlaczego w takim tempie. W końcu rybki są gotowe. Jak napiszę, ze mieliśmy niebo w gębie to i tak nie będzie to wystarczający opis naszych doznań. Zdjęcie też nie oddaje smaku. Po obiedzie zostaliśmy poczęstowani pysznym jabłecznikiem, który wyszedł z pieca i spod ręki szefowej. Aż nie chce się stąd wyjeżdżać. Zabieramy ze sobą kilka rybek na zaś /jak mówią w Pyrlandii/. Obiecujemy Gospodarzom i sobie samym, że jeszcze tu przyjedziemy za tym pobytem w Bieszczadzie.
