Dla mnie schodzenie jest bardziej męczące, niż wchodzenie. Od kilku lat chodzę po górach pomagając sobie kilkami, ale one tylko pomagają. Czasami wolałbym, żeby one schodziły za mnie. Nic jednak z tego. Muszę schodzić sam. Od dawna, a może i dłużej narzekam na bóle stopy /kiedyś już o tym pisałem/ i właśnie podczas schodzenia ból daje znać o sobie. Ból zostaje jednak zdominowany przez zupełnie coś innego. Jesteśmy jeszcze powyżej granicy lasu i przed oczami mamy cały czas wspaniałe widoki. Kiedy dochodzimy do lasu zauważamy coś dziwnego. Otóż niedaleko ścieżki, którą podążamy w trawie leżą spodnie. Chwilę się zastanawiamy nad tym, dlaczego one się tam znajdują. Powodów wymyślamy kilka nie wyłączając tych bardzo kosmatych… Natomiast żaden powód nie jest przekonywujący. U góry wiało, za to w lesie robi się parno. Znaczy się do bólu dochodzi coraz większe zmęczenie. Ciężko się oddycha. Z tej strony góry też porobiono jakieś barierki mające ułatwić wędrowanie turystom oraz umożliwić przeżycie roślinkom. Stopa przestała boleć, stopa zaczęła napier….ć. Z olbrzymią radością patrzę na budowlę, która wyrasta mi przed oczami. Tuż przy szlaku postawiona została duża wiata. Tak naprawdę taką samą radość sprawiłaby mi zwykła ławeczka, albo zwalony pień. Ja w tej chwili marzyłem o tym, żeby usiąść, zdjąć but i dać odpocząć stopie. Wiata ta wygląda dziwnie w tym miejscu. Takie jest moje zdanie. Podobne zdanie mieli też Ewa i Derty. Z tabliczki znamionowej można było odczytać, że wiata ta powstała z funduszu Ekorozwoju. I znowu chwila zastanowienia, czy aby ta kasa została wydana właściwie? W tym miejscu trochę czasu spędziliśmy na tego rodzaju przemyśleniach. W końcu poprzez las dochodzimy w pobliże cmentarza. Niestety moje zmęczenie było większe niż chęć wstąpienia na cmentarz. Teraz tego żałuję, bo miałbym fotki z września 2010 i mógłbym je porównać z efektami pracy Szymonowej Grupy. Cóż, będę musiał poszukać tych starszych…Jeszcze tylko kilka chwil i stoimy na asfalcie. Wsiadamy do rydwanu i jedziemy po moich śladach, które zostawiłem kilka godzin wcześniej. Dojeżdżamy do metropolii, która jak wieść gminna niesie ma w najbliższym czasie zmienić nazwę na Kimbówki Górne. Tutaj zatrzymujemy się na chwilę, coby zrobić zakupy na kolację i śniadanie. Kupiłem też zimniuteńkie Tyskie i teraz ćwiczę silną wolę. Wszak jeszcze siadam z kierownicę. Derty kieruje, Tyskie jest mokre od zmiany temperatury, a ja jestem mokry od potu. Ta walka tak na mnie działa. Szczęście, że po chwili jesteśmy w Brzeżkach. Tutaj przesiadam się do swojej Srebrnej Strzały. Derty z Ewa pojechali, a ja jeszcze zmieniam buty na wygodniejsze i walczę z pokusą. Jestem dzielny… Wyruszam śladem Dertego, którego już nie widać. Wielka Szosa wiedzie mnie na północ. Po przejechaniu mostu na rzece skręcam w lewo, czyli na zachód. A Tyskie się do mnie śmieje z siedzenia obok….W miejscu, w którym zamykam przejechaną pętlę dodaję gazu. Nic to, że dziury, nic to że amortyzatory. Strzała jest wytrzymała. Widzę zdziwioną minę Dartego, kiedy go wyprzedzam. Kiedy jestem już blisko Renatki stwierdzam, że nie mogę dopuścić do dalszego zwiększania się temperatury chmielowego nektaru. Przecież za chwilę ono może już nie będzie dobre? Ja wiem, że nie powinienem tego pisać. Ja wiem, że spotka się to z oburzeniem, że możecie mnie potępić ale… Ciepłe piwo nie jest dobre więc po chwili wewnątrz Strzały dało się usłyszeć przemiły dźwięk pssssyt! Na wysokości miejsca, w którym z rzeki jest wydobywany żwir wlałem w siebie złocisty napój. Szlag trafił moją silną wolę. Przejechałem jeszcze kilometr i zaparkowałem przed Leśniczówką. Zmęczony, ale bardzo szczęśliwy poszedłem do Renatki, która słysząc, ze przyjechałem czekała na mnie z …. otwartym zimnym piwkiem w ręce. Renatka już czuła się dobrze, a dzień spędziła bardzo pracowicie sprawdzając wytrzymałość leżaka w ekstremalnych warunkach to znaczy pod jabłonką, której podobno już nie ma. Jeszcze wieczorne spotkanie Polaków i jesteśmy umówieni już całą czwórką na następny dzionek…


Odpowiedz z cytatem