spokojnie mógłby dublować to demoniczne drzewo w "Antychryście" Larsa von Triera![]()
Śnieg
Ciepły wieczór i blask wschodu księżyca nad jodłowym lasem nie wróżyły tego, co się miało stać. Jeszcze o świcie księżyc jaśniej rozświetlał okolicę niż słońce, które teraz wychodzi zza góry dopiero przed trzynastą, by po dwóch godzinach zniknąć za kolejną górą. Jaśniej zrobiło się jednak głownie dzięki temu, że spadł śnieg. Trzymał lekki mróz. Szykował mi się mały wywóz, a kierowca nie znał drogi, więc wskoczyłem mu do kabiny i z wolna ruszyliśmy stokówką na skład. Łania obgryzająca pędy przy drodze zdawała się bardziej zaskoczona śniegiem niż przejeżdżającymi obok nami. Załadunek poszedł sprawnie i nawet chwila znalazła się by pochodzić po najdalszych rubieżach leśnictwie. Na północy ledwie poprószyło, a słońce szybko topiło śnieg. Doświetlony zacząłem z wolna wracać ku zachmurzonym górom na południu, ku zimie. Bukowe drewno szybko zajęło się ogniem dając miłe ciepło. Do końca zimy już tylko cztery miesiące.
Marcin
W poszukiwaniu lodowej paproci
Nic nie wskazywało, że podjazd przez podwórko do szopy zmieni się w tor saneczkowy. Zimny poranek. Kilka bukowych szczap wrzuconych do pieca o świcie sprawiło, że komin dychnął białym dymem. Wszystko dookoła pokryło się lodem i szadzią. Gałęzie, igły, zeschnięte liście i badyle stały się kruche i trzeszczące. W karmniku zostało jeszcze trochę wczorajszego słonecznika, ale dorzuciłem z dwie garści i wraz z bladą jasnością poranka sikorki zaczęły wydzióbywać ziarenka. W lesie coś spod śniegu wydobyło gnata, żeby oskrobać go z resztek miękkich tkanek. Nawet potok pokrył się cienkim lodem, a na kaskadach potworzyły się sople niczym zastygłe spływające gluty. Budzący się dzień zachęcał do spaceru, więc szybko zjedliśmy śniadanie spoglądając przez okno jak sikorki również się posilają. Po krótkiej przejażdżce autem dotarliśmy do doliny rozświetlonej słońcem, Wszystko skrzyło się w promieniach. Idąc pod górę w pełnym słońcu zrobiło się nawet ciepło, ale krajobraz zamarł w mrozie - drzewa, krzewy, a nawet różane owoce. Poza szybującym wysoko myszołowem nic się nie poruszało. Tropy jelenia, sarny, myśliwego były tylko martwymi pozostałościami dawnego ruchu. Śniegowa skorupa trzeszczała przy każdym kroku. Niby ten sam krajobraz, co każdego dnia, ten sam śnieg, co wczoraj, ale wszystko pokryte lodowymi liśćmi paproci. Uzupełniwszy zimowe niedobory witaminy d wróciliśmy do samochodu. Jeszcze kilka zjazdów na sankach zaliczyliśmy. A w domu czekała upichcona według pradawnego hobbickiego przepisu potrawka z królika.
Marcin
Megafauna
Nikt nie pamięta rzezi niewiniątek, choć w prastarych legendach można dopatrzyć się cienia dawnych bestii. Świat, do którego przybyliśmy, a w którym obecnie mieszkamy był kiedyś inny. W świetle pochodni ożywają malowidła na wapiennych ścianach jaskiń stając się pierwszymi bestiariuszami. Jednak kiedyś musiała nastąpić ta chwila kiedy ostatni bizon, ostatni mamut, ostatni nosorożec włochaty był już tylko malowidłem. Utwardzone w ogniu kije, kości i kamienie - wszystko to stało się w naszych rękach śmiercionośnym narzędziem. Śmierć bestii stawała się szczęściem myśliwych. Zapach ciepłych wnętrzności, krew na rękach, torsach i twarzach wróżyły pomyślność. Świat bestii przeminął, zjedliśmy go.
Cóż nam pozostało? Cienie przemykające wśród puszcz, kryjące się wśród gęstwin, wykrotów i złomisk drzewnych. Puszcze skurczyły się do lasów. Cienie pradawnej megafauny żyją tam, gdzie im pozwolimy. Lękamy się ich, ale to nie nam grozi niebezpieczeństwo. Odwykliśmy od śmierci czyhającej za drzewem, od pazurów, od kłów, od łamaczy kruszących kości, od rogów i wszelkich innych ciosów, z którymi mierzyli się dawni łowcy. W ich życie śmierć była wpisana w codzienność. Tragedia była tragedią. Nam została śmierć jako przeznaczenie, przekleństwo, do którego zmierzamy. Śmierć nagła ustąpiła miejsca obumieraniu. Bestie zostały zepchnięte na margines żywego świata.
Nigdy się nie widzieliśmy, choć nie raz tym samym lasem wędrowaliśmy. Pierwsze tropy na śniegu, które przecięły mój ślad. Wyjedzona buczyna z mysich spiżarni. Odrapane pnie jodeł i dziuple w odziomkach. Jodłowe gęstwiny, które zawsze w takich sytuacjach omijałem. W lecie okazało się, że pojawiły się dwa może trzy młode. Do niej należała noc. Wędrowała z młodymi tymi samymi szlakami, co ja w dzień. Przychodziła na te same maliny. Na tym samym zrębie jedliśmy jeżyny. Gdy drwale wychodzili na las ona z młodymi odchodziła, zaszywała się w potokach i gęstwinach podrostów. Co dzień tropy na błocie niknęły zacierane wleczonymi kłodami i dłużycami, by w nocy znów w świeżej postaci się pojawić. Rok zmierzał ku końcowi. Zręby zamknięto i znów o sobie zapomnieliśmy aż do obecnej zimy. Pierwszy śnieg dał znak do obchodu grodzeń i przeprowadzenia niewielkich poprawek przed zimą. Świeże wyleżyska i odchody wskazywały, że mimo śniegu one gdzieś tu są. Pod osłoną nocy przychodzą by się posilić...
Fot. Janek i Kajetan Duell
Marcin
"Rozum mówi nie raz: nie idź, a coś ciągnie nieprzeparcie i tylko słaby nie ulega; każdy z nas ma chwile lekkomyślności, którym zawdzięcza najpiękniejsze przeżycia." W. Krygowski
... Mimo kilkudniowego mrozu woda w rzece była dość wysoka, a lód cienki. Kilka prób i lód trzeszczy pod nogami. Trudno, mimo jedynie słusznych butów na nogach i tak woda mi się przelała górą. W lesie po drugiej stronie wszelkie rodzaje racic były odciśnięte w śniegu. Odkopane spod śniegu pędy jeżyny były oskubane z liści. Istna stajnia, ale niestety pusta. Żywej duszy nie widać. Ani dzięcioł, ani nawet sikorki się nie odezwą po olszynach. Trudno trzeba iść dalej ku grodzeniom, uprawom. Pomiędzy rzadko rosnącymi sosnami wznosi się w górę myszołów. Później drugi. Na końcu kruki. W nozdrza dociera zapach smrodu fermentujących trzewi i gnijącego ścierwa. Tropy rogacizny giną pod zadeptanym śniegiem. Mimo lekkiego mrozu smród dokucza coraz bardziej...
Fot J. i K. Duell
Marcin
Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)