Gnaty
Uczeni mawiają, że w pradawnych czasach nasi pradziadowie przeczesywali trawiaste równiny z rzadka porosłe drzewami w poszukiwaniu wszystkiego, co tylko nadaje się do zjedzenia. Nie gardzili gnatami, które pozostawały z uczt najdzikszych bestii ich czasów, a zwłaszcza odżywczym szpikiem, który ze smakiem wydłubywali i wysysali. Czasy się zmieniły i bestie zamieniły się miejscami. Podświadome lęki przed szponami, pazurami, kłami i miażdżącymi kości łamaczami pozostały, ale te bestie pozostały wręcz mitycznymi stworami. Obecne bestie przerosły wszystkie inne zmyślnością, osiągając potęgę niespotykaną nigdy wcześniej...
I ciągle listopad, jesień i słońce, mimo, że dzień już krótki. Niedzielny poranek z Duchem spędziliśmy przy piecu racząc się proziakami i podpłomykami. Nie zjedliśmy wszystkich, zostawiliśmy też dla innych, a i na wynos parę wydaliśmy. Proziaków oczywiście, bo podpłomyki z blachy szybko znikły w naszych przełykach. Przed południem dotarli do nas joorg i nunex. Ruszyliśmy w las całą bandą. Chłopaki młode, wypasione, więc wzięły po worku z tym, co z lasu powstało i teraz do lasu wraca. Wspięliśmy się do pierwszej równinki, gdzie pozostawiliśmy gnaty i trawersując stromy stok ruszyliśmy do wnętrza puszczy. Na pnie powalonych buków i jaworów wypełzły śluzowce. Bezkształtne, żylaste śluźnie zaczęły przeistaczać się już w skupienia niewielkich owocników. Dotarliśmy do niewielkiej polanki, luki w drzewostanie na półce pod stromym, kamienistym zboczem, gdzie byki ryczą i czyniąc to, co czynią wszystkie pragnące trwać istoty przekazują swoje geny następnym pokoleniom. Nie tylko jelenie tu zachodzą, ale wszelkie inne leśne stworzenia - niedźwiedzie odrapują jodły, dzięcioły trójpalczaste wyszukują świerków, rysie czają się na sarny, pilchy wyszukują bukwi i kryją się po dziuplach, salamandry w mokre dni wychodzą spod pni i głazowisk, o tumakach, wilkach, puszczykach uralskich, orzechówkach, stadach sikor i pełzaczach nawet w szczegółach nie wspominam. Na jednym z jaworów wysoko nad ziemią coś delikatnie powiewa, jakby brodaczka, ale dokładnie nie widać. Podchodzimy do każdego z drzewa sprawdzając czy na pewno i dopiero przy którymś z kolei kilka plech znajdujemy zerwanych wiatrem na ziemi. Do grzbietu już nie daleko, ale wieje na nic\m sakramencko, więc poniżej robimy sobie krótki popasik. Wiecznie jednak nie można siedzieć, bo chłodno zaczyna się robić. Na głowy wkładamy czapki, berety i inne kaptury, a co mniejszych członków spaceru owijamy chustą i kocem, by miło przespać mogli zdobywanie szczytu. Po drodze pojawiają się przerywane widoki aż po Góry Słonne i Żuków. Schodzimy na północ wąskim i stromym grzbietem porośniętym jodłowym borem. Najmłodsza nabrała ochoty na popas i wśród jodeł obala pół flaszki białej zawiesiny. Kuszą stromizny po prawej i źródliska po lewej, ale schodzimy w dół grzbietem aż do wielkiej jodły, jak na razie najgrubszej w bliższej i dalszej okolicy. Dziewczyny zostają na przełęczy, a my zachodzimy jeszcze na szczyt z przecinką gdzie masochiści doznają rozkoszy miażdżąc sobie nabiał orczykiem. W dolinach na północy widać okoliczne wioski, a na południe patrząc przez bezlistne korony daje się dostrzec góry na granicy państwa. W dół schodzimy starym szlakiem zrywkowym przez bukowy las. Na dole jeszcze tylko kilka minut przez bagienne olszynki, potoczek i już jesteśmy na podwórku. Słońce zaszło za górę i ściemniło się.
PS Gnaty po paru dniach na powrót stały się częścią puszczy.


Odpowiedz z cytatem