...Tak to już bywa w przyrodzie, że wszystko ma swój kres. Starość nie radość. Nisko zwieszony łeb, stara rana na karku, uraz lewej tylnej nogi. Wszystko to wskazuje, że najbliższa zima pewnie będzie ostatnią zimą byczyska, które widzieliśmy. Pozostawiliśmy go w spokoju, niech dalej skubie zieloną jeżynę. Fen nie słabł. W lesie szeleścił wszystkim czym się da, a na otwartej przestrzeni chciał urwać głowy. Z śródpolnych zakrzaczeń, którymi zarosła dawna droga zerwał się krogulec i porwany wiatrem odleciał w stronę ściany lasu. Zza traw wyłoniła się kopuła cerkwi powstającej z ruin. Na zboczu po drugiej stronie doliny dokładnie było widać tarasowy układ dawnych pól. Po zejściu ze wzgórz podjechaliśmy na cmentarz. Pośród plastikowo-granitowego kiczu udało się znaleźć jeszcze kilka starych nagrobków z mchami, porostami i plastikową liliją. Dobrze, że chociaż drzewa na cmentarzu stoją i korzeniami wrastają w groby, trumny i szkielety. Obieg biogenów to w sumie istotna sprawa. Chyba lepiej być wynoszonym po odrobince każdej wiosny wraz z liśćmi ku światłości niż nie wiadomo na jak długo utkwić w szczelnym sarkofagu i dusić się we własnym, ale już dawno przeterminowanym sosie. Nim dotarliśmy do domu ciemność zawładnęła światem, a w kiszkach odezwał się głód. Kilka drew wrzuciło się do pieca i gdy tylko blacha nabrała odpowiedniej temperatury znalazły się na niej sól i plasterki kartofli, a na stole miska śmietany. W domu zapanował miły zapach pieczonych placków. Najróżniejsze pierwiastki i wysokoenergetyczne substancje po raz kolejny ruszyły w podróż przez organa i arterie naszych ciał. Dla nas był to kolejny posiłek w życiu, dla kartofli był to koniec.
PS Coś zdjęcia niechronologicznie się wkleiły.


Odpowiedz z cytatem
kiedyś tam "łupać" drewna , ale ja wtedy myślałem tylko żeby w kolano sobie nie walnąć , a nie o strukturze słoi i sęczków.