"dosyć często rozważam co jest warte me życie?...tam na dole zostało wszystko to co cię męczy ,patrząc z góry w około - świat wydaje się lepszy.."
Pozdrawiam Janusz
...Powoli trzeba schodzić w dół, bo po sąsiedzku jeszcze jedna górka czeka. Mijam ułożony z kamieni prostopadłościan. Być może to tylko sterta materiału na drogi. Czemu akurat tu? Przecież jest wiele lepszych miejsc. A może to coś innego. W każdym bądź razie swą osobliwością robi wrażenie. Sarnie szczątki dalej leżą w południowej części, a czaszka spoczywa wywrócona na mchach. Przechodzę przez zarośnięte gołoborze. Zeszłoroczna okiść połamała lub ponaginała wszystkie brzozy. Dawna nadrzeczna skarpa jeszcze nie zarosła. Rzekę przesunęli po wojnie, a pod skarpą wybudowali drogę. Ruszam ku kolejnej górze...
Marcin
Nie mogę się doczekać, kiedy się razem wybierzemy na pobliskie górki i połazić po lesie :)
Moje są góry, górki i góreczki:)
...Stromym szlakiem zrywkowym wdrapuję się do góry. Po zeszłym roku drogę przegradza wiele powalonych żerdek jodłowych. Stuletnie sosny o trzech igłach powoli doganiane są przez młode buki i jodły. Ale to nie one są celem wędrówki. Jeszcze tylko kawałek i znad łupkowego piarżyska ukazują się widoki na odległe szczyty. Wierzchołki delikatnie są podbielone śniegiem lub szadzią. Pod bukami i sosnami wiją się ku światłu wężowo kosówki. Część z nich przegrała już ten pojedynek, ale niektóre mają się jeszcze dość dobrze. Ciężko wyczuć z której części cesarstwa przybyły te kosówki w Bieszczady. Może z Karpat Wschodnich, choć nie wyglądają. Pewniej z austriackich Alp. Młode okazy zdają się mieć cechy pośrednie pomiędzy kosówką a sosną zwyczajną. Jeszcze kilka chwil na podziwianie widoków i schodzę w dół pod krzywulcowym bukiem. Zima idzie, więc czas wracać. Trzeba karmnik postawić, bo to ostatnie przedzimowe popołudnie.
Marcin
Karmnik luks torpeda.
pozdrawiam
Marek
Ten buk zrobił na mnie wieksze wrażenie...
Pozdrawiam
bertrand236
spokojnie mógłby dublować to demoniczne drzewo w "Antychryście" Larsa von Triera![]()
Śnieg
Ciepły wieczór i blask wschodu księżyca nad jodłowym lasem nie wróżyły tego, co się miało stać. Jeszcze o świcie księżyc jaśniej rozświetlał okolicę niż słońce, które teraz wychodzi zza góry dopiero przed trzynastą, by po dwóch godzinach zniknąć za kolejną górą. Jaśniej zrobiło się jednak głownie dzięki temu, że spadł śnieg. Trzymał lekki mróz. Szykował mi się mały wywóz, a kierowca nie znał drogi, więc wskoczyłem mu do kabiny i z wolna ruszyliśmy stokówką na skład. Łania obgryzająca pędy przy drodze zdawała się bardziej zaskoczona śniegiem niż przejeżdżającymi obok nami. Załadunek poszedł sprawnie i nawet chwila znalazła się by pochodzić po najdalszych rubieżach leśnictwie. Na północy ledwie poprószyło, a słońce szybko topiło śnieg. Doświetlony zacząłem z wolna wracać ku zachmurzonym górom na południu, ku zimie. Bukowe drewno szybko zajęło się ogniem dając miłe ciepło. Do końca zimy już tylko cztery miesiące.
Marcin
W poszukiwaniu lodowej paproci
Nic nie wskazywało, że podjazd przez podwórko do szopy zmieni się w tor saneczkowy. Zimny poranek. Kilka bukowych szczap wrzuconych do pieca o świcie sprawiło, że komin dychnął białym dymem. Wszystko dookoła pokryło się lodem i szadzią. Gałęzie, igły, zeschnięte liście i badyle stały się kruche i trzeszczące. W karmniku zostało jeszcze trochę wczorajszego słonecznika, ale dorzuciłem z dwie garści i wraz z bladą jasnością poranka sikorki zaczęły wydzióbywać ziarenka. W lesie coś spod śniegu wydobyło gnata, żeby oskrobać go z resztek miękkich tkanek. Nawet potok pokrył się cienkim lodem, a na kaskadach potworzyły się sople niczym zastygłe spływające gluty. Budzący się dzień zachęcał do spaceru, więc szybko zjedliśmy śniadanie spoglądając przez okno jak sikorki również się posilają. Po krótkiej przejażdżce autem dotarliśmy do doliny rozświetlonej słońcem, Wszystko skrzyło się w promieniach. Idąc pod górę w pełnym słońcu zrobiło się nawet ciepło, ale krajobraz zamarł w mrozie - drzewa, krzewy, a nawet różane owoce. Poza szybującym wysoko myszołowem nic się nie poruszało. Tropy jelenia, sarny, myśliwego były tylko martwymi pozostałościami dawnego ruchu. Śniegowa skorupa trzeszczała przy każdym kroku. Niby ten sam krajobraz, co każdego dnia, ten sam śnieg, co wczoraj, ale wszystko pokryte lodowymi liśćmi paproci. Uzupełniwszy zimowe niedobory witaminy d wróciliśmy do samochodu. Jeszcze kilka zjazdów na sankach zaliczyliśmy. A w domu czekała upichcona według pradawnego hobbickiego przepisu potrawka z królika.
Marcin
Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)