Horodysko
W trakcie trwającej ćwierćwiecze ontogenezy człowiek dostrzega, że bezkresne puszcze z dzieciństwa są w rzeczywistości tylko zagajnikami, że pradawny dąb, pod którym rosły olbrzymie purchawki jest tylko zwykłym drzewem, które ktoś kiedyś zetnie, by wrzucić do pieca. Dostrzega, że sam staje się skończony w czasie i przestrzeni.
Niedzielny słoneczny ranek kusi do wyjścia z domu kępami niebieskich przylaszczek. Omszony czerep rogacza przypomina o losie, który czeka każde żywe stworzenie. To znak, że trzeba ruszyć w poszukiwaniu mitycznej puszczy z dzieciństwa do Horodyska - najbardziej tajemniczego lasu w okolicy. Przechodzę przez trawiaste pagórki rozkwitające pierwszymi stokrotkami. Nad zielonymi oziminami i czarną wodą stawów z oddali bieleją brzozy kryjące wnętrze puszczy. Powoli groblą pomiędzy stawami idę w kierunku lasu. Słońce co chwila niknie za szarymi chmurami. Na stawach pustki - para łabędzi pływa w trzcinach, kilka krzyżówek na środku oraz jedna spłoszona czapla siwa. Leśną dróżką przez łęg i niewielki pagórek dochodzę do polany, z której wypływa pierwszy potok Horodyska. Pod wielkim guzowatym jesionem bieleją przebiśniegi. Delikatnie meandrujacy potok szeroko rozcina stromą skarpę porośniętą grądem. Żywce gruczołowate, złoć żółta, cebulica, anemony i zdrojówka mają już pąki, ale jeszcze nie kwitną. Za to w łęgu przy potoku niebiesko jest od przylaszczek...


Odpowiedz z cytatem
robi na prostym ludzie jeszcze jakieś wrażenie. Sporą kępę śnieżyc odnalazłem jeszcze na łąkach na wysokości, gdzie potok, którym przyszedłem rozlewa się na turzycowisku. Nigdy wcześniej ich tu nie widziałem. Jesienią oczyszczali i pogłębiali fragment kanału i ciężko się było przedostać na drugą stronę, więc mogłem potrenować skoki w dal. Wielkie krzaki łoz wypuściły bazie. Obrałem kierunek w stronę ruin radzieckiego bunkra. Słońce niby zaszło, ale liczyłem, że może jakaś niegramotna żmija, zaskroniec lub chociaż padalec się jeszcze trafi. Nic się nie trafiło. Znów wlazłem w łęgowe zarośla. Powiadają, że przed wojną stał tu browar. Teraz nic o tym nie świadczy. Wdrapałem się na groblę i biegnącą po niej dróżką doszedłem do drogi krajowej, by ją przeciąć pod kątem prostym. Odwiedziłem jeszcze miejsce, gdzie są zarastające glinianki, niegdyś strzelnica milicyjna, w dziciństwie nazywaliśmy je Jeziorka. Poza syfem i stertami śmieci nic ciekawego nie znalazłem. Kiedyś było tu całkiem uroczo. W gliniankach pływały traszki i żaby. Na dnie czaiły się płoszczyce i larwy ważek, a na wodnej roślinności topielice, po powierzchni ślizgały się nartniki, a pod wodą wiosłował pluskolec. W otoczeniu rosło sporo kukułek szerokolistnych. Niestety to było kiedyś. Teraz wszystko zarosło krzakami, rudbekią i nawłocią. No i zostało upstrzone kilkoma tonami rozmaitych śmieci i odpadów. Zpochmurniało jeszcze bardziej i zaczęło z lekka kropić. Doszedłem do starej drogi, by przez kaczeńcowe bagno wyjść na pagórki. Gdzieś po drugiej stronie doliny pojawiła się jeszcze plama jasnego światła, ale i ona szybko znikła. Spacer się skończył tak jak skończył się dawny urok glinianek. Dobrze, że chociaż Horodysko rozkwita jeszcze jak co roku rozrastającymi się łanami konopałek.

