Piżmaczkowy Łęg
Po sobotnim święceniu ze spokojem ducha można się oddać tylko jednej czynności - chodzeniu po pagórkach. Przed południem razem z Ewą wybraliśmy się więc na pagórki. Najpierw miedzą, później przez łąki i suchorośla doszliśmy do pól pegierowskich, które wbrew nazwie są łąkami i ne są już pegierowskie. Słońce miło przygrzewało i jeszcze milej powiewał lekki wietrzyk. Z pagórków mieliśmy idealny widok na okolicę. Znaleźliśmy szkielet myszołowa - enta ofiara linii energetycznej. W tym miejscu giną ptaki wyjątkowo często - drapieżne i sowy. Na szczęście nad ugorami, łąkami i lasami latała para, która miłym dla ucha kwileniem, co chwila oznajmiała, że wiosna to czas rozmnażania, a przynajmniej tej przyjemniejszej jego części z naszego ssaczego punktu widzenia, ale myślę, że i ptaki też nie różnią się od nas w tych odczuciach.
Nad niską darń wyrosło kilka kępek jakiegoś czosnku. Od dwudziestu lat go tu nie obserwowałem, więc tym milszym było znalezisko. Na starej usychającej topoli wypatrzyliśmy trzy białe czaple. Spokojna woda stawów i biel brzeziny kusiła, by nie wracać za szybko do domu. W końcu są święta i trzeba świętować, więc ulegliśmy pokusie. W dół po pagórkach ruszyliśmy w stronę stawów. Jezdnię krajówki, jak zwykle, przecięliśmy po najmniejszej prostej czyli pod kątem prostym i już byliśmy na zielonej oziminie. Kwitnące żółto łozy przywabiły pszczoły i trzmiele. Ruszyliśmy na zabronowany pagórek pomiędzy stawami, którego szczytem biegnie polna droga prowadząca do grobli i lasu. Na dużym stawie pływało kilka grążyc, pławic i jeden perkoz rdzawoszyi. Na małym kilka krzyżówek i para łabędzi. Jakiś ornitolog z długim niczym lufa obiektywem spłoszył czaple, ale na szczęście odjechał...


Odpowiedz z cytatem