Influenza
Tak to już bywa w przyrodzie, że wszystko, czym zdajemy się być spisane jest na zatracenie. Kumulujące się błędy, postępująca z każdym podziałem komórkowym degeneracja, ataki wirusów podporządkowujących sobie metabolizm różnych komórek naszego ciała. Wszystko to sprawia, że byt nasz wydaje się mieć jedynie charakter wtórny i skrajnie subiektywny w stosunku do informacji, która zostaje powielana, by reprodukować się i zmieniać poprzez kolejne pokolenia.
No i zdarzyło się, że i mnie nie ominął zmasowany atak wirusów influenzy. Gorączka, łamanie w kościach, ból mięśni i totalne rozbicie sprawiło, że wszystko to, co dookoła mieniło się wszelkimi barwami jesieni zdawało się szare i przykre. Zimno wieczornej radiacji przynosiło dreszcze. Do puszczy jednak niedaleko i szkoda byłoby nie wyjść chociażby na podwórko, by popatrzeć na las, na grzyby, na porosty, na orzechówki, na żurawie, na bliższe i dalsze widoki. Buki pomiedziały, a jodły stały się jakby bardziej zielone, a wszystko raz w słońcu, raz we mgłach. Żurawie w popłochu wielkimi stadami uciekały na południe. W pęknięciu belki w chałupie nawet zgniotek znalazł sobie kryjówkę zimową. W innej szparze tycz jodłowy. Puszcza przed zimą zdawała się przenikać wszystko najróżniejszymi swymi tworami. Z rosistej i mglistej wilgoci korzystały wszelkie brodaczki, pustułki i chrobotki. Kępy mchów na rumowiskach skalnych przyozdobiły niewielkie grzyby. Czyste wieczorne niebo wysysało ostatki ciepła z ostatnich zielonych liści i przez noc pokrywało wszystko szronem...
Taka była październikowa jesień, miedziana jak buki, cynobrowa jak zgniotek, szara jak mgła i przygniatająca niczym influenza.


Odpowiedz z cytatem