Chromy
Niedzielny słoneczny ranek ostatniego dnia października to dzień, gdy na drogach pełno aut, bo rodacy z kraju i ze świata ruszają na miejsca grzebalnych pochówków swoich bliskich. Niedzielny słoneczny ranek to również idealny dzień na wypoczynek po całotygodniowej ciężkiej pracy, więc żeby dychnąć trochę od roboty ruszam razem ze swoimi dziewczynami w las, bo nigdzie się tak po pracy nie wypoczywa jak w lesie. Po drodze mijamy cmentarz, ale na ten raczej już nikt nie przychodzi, a już zwłaszcza zapalić stearynową lampkę. Na ciernistych tarniach pełno tarek, a dzikie róże aż się czerwienią od głogu. Ptactwa jeszcze nie przycisnęło, więc i owoce wiszą sobie na krzakach czekając na bardziej zimową porę. Na łąkach pełno jeszcze zimowitów, po innych kwiatach zostały już tylko zeschnięte owocostany baldaszków, brodawników i chabrów. Do lasu dochodzimy polnymi dróżkami. W lesie droga zaczyna się wspinać ostrzej w górę wśród jodeł, buków i jaworów, ale tam, gdzie bardziej płasko zachowała się jeszcze jakaś polana zarastająca szarą olchą. Strzyżaki pchają się dosłownie wszędzie. Tropy na błocie ewidentnie wskazują na to, że gdzieś po okolicy łazi spore byczysko. Wiejący fen szumi wśród drzew, ale liście wysuszył tak, że słychać każdy krok. Gdzieś po lewej stronie słychać trzask łamanych gałęzi. Nic nie widać przez gąszcz leszczyn, ale wydaje się, że to musi być on - stary samotny byk. Skradamy się, podchodzimy na dwadzieścia, może kilkanaście metrów. Byk skubie jeżynę i tylko łeb podnosi, gdy gałąź jakaś trzaśnie nam pod nogami...


Odpowiedz z cytatem