Pilch
Druga niedziela listopada okazała się pochmurna, ale szara tylko z pozoru. Po tygodniu pracy wreszcie znalazła się chwila by wyskoczyć do lasu, dychnąć od rodów, zleceń, zestawień i wszelkiej maści innych kwitów, które namiętnie produkuje rejestrator. Spacer rozpocząłem od góry z widokami, żeby rozejrzeć się po okolicy i wypatrzyć może coś ciekawego. Wypatrzyłem tylko kilka sztuk podrzenia żebrowca, a po horyzont tylko góry i lasy. Znużony widokami ruszyłem ku kolejnym szczytom, ale już z nosem przy ziemi, wypatrując wśród kamieni, borówek i nalotów drzew wszelkiej maści porostów i mszaków. Z daleka złocił się już jesiennie-zimowo piórosz pierzasty. Gdzie indziej wśród pni wiły się wężowo pędy płaszczeńca fałdowanego. Niektóre torfowce nabrały czerwonych i brunatnych barw. Niemniej okazale prezentowały się różne chrobotki. Tak więc kolorki trwają i trwać będą aż przykryje je śnieg, a i pod nim będą czekać do byle odwilży, by ożyć w roztopowej wilgoci. Przez jodłowy bór z bielistką siną wspinam się na kolejną górę. Skały, rumowiska głazów i kamieni prowadzą do miejsc, gdzie rośnie nietypowe jak na okolicę drzewo o igłach zgrupowanych po pięć. Niedzielną ciszę zakłóca tylko od czasu do czasu wiatr wśród koron drzew. Idąc niewyraźną, najpewniej zwierzęcą ścieżką schodzę na kolejne rumowisko. Mimo pochylonej brzozy wyrastającej na obrzeżu wygląda ono jakby po części swój kształt prostokąta o równych krawędziach wysokości sięgającej do piersi zawdzięczało ludzkim rękom. Może to dawne okopy, a może miejsce upamiętniające poległych sprzed prawie stu laty, gdy zdobycie każdej góry okupione było potokami krwi i szkieletami rozwleczonymi po lasach. Miejsce w każdym bądź razie nietypowe i zmuszające do refleksji. Teraz po głazach walają się tylko sarnie piszczele i czerep ofiary rysiej uczty. Listopad i dnie już krótkie, więc powoli zawracam. Przedzierając się przez obumarłe, uschnięte jodłowe gałęzie dostrzegam jeszcze na ściółce leżącą popielicę. Wygląda zdrowo, jakby leżała. Oczy się jej jeszcze szklą życiem, ale jest zimna, zdrętwiała i martwa. Nic nie wskazuje aby bezpośredni udział w zgonie brały leśne drapieżniki. Może spadła z drzewa. Może zmarła w momencie kiedy przechodziła z drzewa na drzewo po ziemi, po prostu położyła się i zasnęła tylko, że z otwartymi oczami. Ciężko wyczuć i już nikt się tego nie dowie, bo śladu wielkiego już pewnie po niej nie ma. Jeśli nie kruki, sójki lub orzechówki przed zachodem słońca to pewnie kuny po nocy zrobiły to, co do nich należało. Wróciłem najkrótszą drogą, ale i tak prawie całkiem ściemniało nim dotarłem do domu.


Odpowiedz z cytatem