... Stare dęby trochę ucierpiały podczas październikowej okiści, ale większość stoi jak stała. W miejscu gdzie się kończy wzniesienie porosłe lasem, a zaczyna znów otwarta dolina na Sanie wypatrzyłem stadko łąbędzi niemych. Usłyszeliśmy daleki wystrzał, który dobiegł od strony Horodyska - wędkarze pewnie przepłaszali kormorany. Przecieliśmy po prostej szeroką dolinę i weszliśmy w łęgowe zarośla. Wśród rodzimych nadrzecznych drzew wypatrzyliśmy kilka ekspansywnych egzotów zza oceanu - klonów jesionolistnych, które już chyba na trwałe się zadomowiły w naszych dolionach rzecznych. Z wierzb zwisały obumarłe pędy kolczurki z pustymi kolczastymi owocami - również rośliny obcej. Doszliśmy do bobrzej ścieżki, która wychodziła z wody i ruszyliśmy wzdłuż niej docierając do wielopniowej jabłoni, którą zaopiekowały się bobry. Znów znaleźliśmy się na otwartej przestrzeni. Spłoszony zając uciekł w stronę lasu. Miło mnie to spotkanie zaskoczyło, bo przez ostatnich parę lat ciężko było o takie spotkanie, a od dwóch-trzech lat zajęcy jakby przybyło. Doszliśmy do ciemnej ściany lasu. Po drugiej stronie Sanu spowite mgłami jedliny wyglądały nadzwyczaj ciekawie i niedostępnie. Szliśmy polną dróżką przy lesie. Pośród dębów i jodeł stoją jeszcze sadzone przez hrabiego olbrzymie wejmutki i żywotniki. Przy stosie gałęziówki weszliśmy w niewielki wąwóz i wzdłuż niego w górę. Po lewej stronie w porolnym bezlistnym teraz lesie dobrze było widać tarasowy układ dawnych pól. Doszliśmy do pokrytego polami i ugorami wypłaszczenia na sczycie przez które środkiem biegnie wyniesiona polna droga. Na zakończenie spaceru przytrafiło nam się jeszcze jedno miłe spotkanie, gdzieś z jakiejś samotnej niskiej sosny zerwał się puszczyk uralski i przez kilkaset metrów leciał przed nami przysiadając co pchwilę na przydrożnych drzewach. Ciemniło się, więc trudno było mu zrobić zdjęcie, ale piękny był i wielki.


Odpowiedz z cytatem