Plan był taki. Jedziemy do Cieszyna, parkujemy, kupuję plan miasta, szukamy naclegowni, chwila snu i idziemy do Czech. I jak założyliśmy tak uczyniliśmy. To znaczy-pojechaliśmy do Cieszyna, wjechaliśmy do centrum, jeden parking- płatny, drugi - takoż, trzeci- jak wyżej. Parkuj, mówię do Julii, co z tego, że płatny. Czwartego już nie znaleźliśmy, znaleźliśmy za to most.
-Właśnie wjechałaś do Czech.
-Nie?
-Tak.
-To co mam teraz robić (zdenerwowanie)?
-Wracamy.
-Jak mam jechać? (przerażenie)
-A skąd mam wiedzieć, jestem tu pierwszy raz , mieliśmy kupić plan.Zawracaj. Teraz w lewo, w lewo mówię!
-Gdzie!!!? (panika)
-Teraz to już prosto.
- No to mów!
-Przecież mówię. Teraz w lewo!
- Gdzie!!! ?
Itd. Wyjechaliśmy w końcu drugim mostem i, o dziwo, Julia zaparkowała już bez oporów na najbliższym parkingu. No i jak się okazało w weekendy wszystkie parkingi są za darmo.
Kupiliśmy w końcu plan Cieszyna i co się okazało? Że dzięki naszej czeskiej odysei i temu, że wyjechaliśmy drugim mostem zaparkowaliśmy raptem kilkadziesiąt metrów od schroniska szkolnego, gdzie mieliśmy noclegować.
A Cieszyn, jak Cieszyn, kto był, ten wie. Miasteczko niezbyt duże, ale wyjątkowej urody, zwłaszcza po zapadnięciu zmroku. Ale w świetle dziennym również piękne. Od razu pożałowałem, że jesteśmy tu tylko przelotem. Nie mówiąc już o tym, że nie było szans, żeby pójść chociaż na krótki spacer w góry.
Po zakwaterowaniu się w schronisku i krótkim spanku wybraliśmy się za granicę. Szliśmy jakimiś małymi uliczkami, tak jak lubię. Na żywioł, na skróty, które czasami okazują się dłuższe, byle nie tą samą drogą, którą jechaliśmy samochodem, byle zobaczyć coś nowego. Jakoś nigdy nie udało mi się zabłądzić. W żadnym mieście. Każda droga dokądś prowadzi, dziś już bez obaw, że dojdę do Rzymu.
A my doszliśmy do mostu na Olzie...


Odpowiedz z cytatem
, zacząłem jej cytować ..."Litwo Ojczyzno moja...." a ona ..ticho ..ticho ,nie mów już ... przestraszona do mnie mówi.