29.12.09 Dzień trzeci. Pogoda piękna, mroźna. Wyprawiamy się dość liczną grupą (będzie ze 16 osób, dużych i małych). Jedziemy na Przeł. Przysłup, tam wykonujemy manewry pojazdami tj. dwa jadą do Maniowa, aby czekać na pozostałych kierowców i abyśmy mogli schodzić z Matragony w innym miejscu. Rzeczywiście każdy zszedł w innym miejscu, co jednak nie do końca było zgodne z planem pierwotnym. Zaraz przy szosie zaczęliśmy się wdrapywać na stromą skarpę, zaliczając kilka zjazdów. Potem wycieczka się rozciągnęła i na szczycie trudno już było grupę ogarnąć. Po paru łykach herbaty ruszyliśmy w dół, po czym okazało się, że każdy poszedł w swoją stronę. My szliśmy po śladach, przeskakując różne przeszkody, w tym bobrowe rozlewiska, póki nie doszliśmy do torów, gdzie ślady poszły w przeciwnych kierunkach. Dogoniła nas kolejna grupa, popatrzyliśmy na mapę i podjęliśmy decyzję, że kierujemy się do ich zaparkowanego w Maniowie auta. I doszliśmy grzecznie żółtym szlakiem. Samochodzik miał przymarznięte drzwi i nie chciał nas wpuścić do środka, a tu ciemno, zimno i do domu daleko. I zero zasięgu, bo to przecież koniec świata. A i jeszcze jakieś dzieciska pod opieką, które przyznam dzielnie się sprawowały. Drzwi poddały się i kierowca swoją rodzinę chwilowo zostawił na lodzie, a nas zawiózł do naszego pojazdu. Udało się nadać SMS-a do reszty ekipy. Szczęśliwie wszyscy się odnaleźli się w cieple Radosnego Szwejkowa. Na wieczór zjechał jeszcze Łańcut i Nowa Dęba fajni ludzie.


Odpowiedz z cytatem