No ba...
Gdzie indziej można było wtedy zjeść dobrych pierogów... u własnej Babci albo w Barze pod Sosną. I tam też po ostrym wirażu dookoła ronda udajemy się na żarełko. Konsumpcja oczywiście na zewnątrz.. posiedzieliśmy sobie podziwiając widoki przy drewnianych ławach. Wysoki dział po lewej..i pasmo graniczne po prawej.. w oddali gdzieś majaczy przełęcz pod Matragoną... Nibylandia. Tak nazwaliśmy sobie krainę pomiędzy Rzepedzią a Żubraczem... Kilka ładnych lat przyszło mi się obijać o tę rynnę pomiędzy górami. Wrosłem w każdą z dróg, gdzieniegdzie odciskając swe ślady w rozgrzanym od słońca asfalcie. Tudzież miałem nawet taki okres, że razem z miejscowymi prowadziliśmy badania nad koneksją dwóch racji - melioracji i grawitacji. Obie dosyć ściśle ze sobą powiązane w tych rejonach, jedna bez drugiej żyć nie może. Czasem ta druga przyjaźni się ze stołami barowymi i ma w zwyczaju wędrować, w zależności od stopnia zaangażowania laboranta. W wyniku ów badań odkryłem mityczny punkt P. Porównywany do mocy z punktem G. Ale o tym nieco później... Tymczasem głowę zaprzątała nam sprawa jednego barana, jak tu zdobyć wkład na ruszt dla naszych Niemców. A muszę Wam powiedzieć, że nawet zrzyliśmy się z nimi, bo w gruncie rzeczy dobre chłopaki, mają swój trudny okres, jak i każdy miał, gdzie bunt wyrasta ponad grzywkę i miejsca nie znajdując żeby się spokojnie czymś zająć - wybucha... Do ogniska trzy dni, baran żeby smakował to i dobę musiał by poleżeć w marynacie, żeby skruszał i smaku nabrał... Ale skąd tego barana, jak baca nietomny z ważną misją badawczą po rowach się kładzie.
- Stachu lubisz dresów? - wypalił nie wiadomo z jakiej planety schodząc Kowboj
- nie, jak jasna cholera, znaczy się czasem ubiore do biegania, ale tak to nie, a co?
- a bo może byśmy jakiegoś Dresa ubili i dali Niemcom na ognisko?!

- heu??? - dało się usłyszeć jęk czytelnika, który nie mógł wydać bardziej konkretnego odgłosu, jako że zajęty był pochłanianiem pierogów w tym czasie.
- no patrz, ruja się skończyła, to i nam nie trzeba teraz tego czarnego capa, a i tak śmierdzi jak cholera, buntuje reszte wieczorami, tak że się ich zagonić do stajenki wieczorem nie da, to ubijemy Capa i go podamy jako baranine, Niemców jutro nie będzie bo jadą na połoniny, to i nie zauważą że coś się dzieje...jak myślisz?
- Dresa?..ale On swój jest... zresztą bij sobie co chcesz, twoje kozy, ja w tym nie chcę brać udziału, mówiłem Ci już, w zabijaniu Ci nie pomogę.

..I tak o to problem barana się rozwiązał, będzie cap... Dres znaczy się... Każde z wesołego stadka zwierza pałętającego się po obejściu miało swoje imię, więcej lub mniej z nim związane. Cap został dresem, jako że miał intrygujący wzór sierści, żywcem logo jednej z firm produkujących odzież sportową. Przylgnęło i już tak miał...
- wstąpimy jeszcze do Antka, miał mi wyspawać drut
- jaki drut?
- a taki drut co się na niego później Dresa nabije i będzie wygodniej nim kręcić nad ogniem

Zapowiadało się więc konspiracyjnie jutro, tymczasem pierdolot pomknął w stronę Starego Łupkowa, najpierw po płytach, później po szutrze.. po drodze zgarnęliśmy Trójkę z Gdańska, którzy po porannych przeciągających się zakupach wracali do schroniska...
Jak sobie przypominam te wszystkie wypady maluszkiem, od razu nasuwa mi się fragment z "Zen a sztuka pielęgnacji motocykla" Roberta M.Pirsinga :
Spędzając wakacje na motocyklu dostrzega się rzeczy w sposób odmienny. W samochodzie siedzi się zawsze w pudełku i tylko przyzwyczajenie nie pozwala dostrzec, że widzenie czegokolwiek przez szybę samochodu jest kolejną dawką telewizji. Jest się tylko pasywnym obserwatorem i wszystko przesuwa się w obrazku w niesłychanie nudny sposób.
Na motocyklu nie ma ramki obrazka. Jest się w pełnym kontakcie ze wszystkim. Jest się w samym obrazie, jest się jego częscią, a nie obserwatorem, i to poczucie uczestnictwa wypełnia wszystko.
..Coś mi się wydaje że pan Pirsing nie jechał nigdy maluchem, do tego jakby poznał Kowboja.. w mig zmienił by zdanie. Tuż za zakrętem gdy jest podjazd pod górkę, można skręcić w lewo na polną drogę, skracając sobie tym samym dojazd do Schroniska. Co też i uczyniliśmy. Ale po co łykać "kolejną dawkę telewizji" skoro można wyjść na dach?! Kowboj wrzucił dwójke, a kaszlaczek leniwie zaczął się toczyć po polnej drodze z płytkimi koleinami. Towarzystwo wypełzając po kolei przez okno pasażera usadowiło się na dachu, trzymając się mocno jego krawędzi. Kowboj siedząc z jedną nogą na przedniej szybie, drugą dotykał kierownicy żeby utrzymywać kierunek. Coś w nas zawrzało wtedy. Późnym popołudniem światło nabrało miękkich barw, ucichły już swierszcze, za to odezwały sie w lesie niektóre ptaki.. lekki wiaterek chłodził nam twarze, a dookoła przestrzeń. Trójka z Gdańska okazała się być całkiem towarzyska na tym dachu, w związku z czym popijaliśmy piwem ten mocny widok. Niebawem sielanka kończyła się jednak, i trzeba było zjechać dosyć stromo w dół.
Po dotarciu do chaty, po kilku przygodach gdy autko zawiesiło się na koleinach wymytych wodą, a potem w strumieniu i jeszcze raz nad jakimś dołem ..postanowiliśmy...---> ŻE