A zimą?
...tak pisał Krygowski... i trudno czytając Go nie wracać myślami do tego błogiego stanu , kiedy otaczająca nas biel i Góry stapiają się z nami w jedno. Zimą powietrze jakby oddziela się od reszty świata i serwowane jest sote. Przede mną dwa ślady nart Czarnego, które kilkanaście metrów dalej znikają na krawędzi górki. Zjechał już do Maniyłki, a ja specjalnie ociągałem się z tyłu żeby móc chwilę postać i pomarznąć w tym miejscu. To jedna z moich łąk, z widokiem na Kruhłycę. Pamiętam jak w jesieni rozmawiałem w Smoluchowie o tym miejscu z Sir Bazylem, genialne na dom. Uczestnicy RIMBU wędrowali po niej, w tym samym czasie My z Królową ruszyliśmy na Jasło. Tymczasem wróćmy do jednej ze śnieżnych zim, kiedy to znaleźliśmy z Czarnym na stryszku schroniska u Drąga stare biegówki, z lat 70tych i postanowiliśmy zrobić z tego faktu pożytek. Tak i stoję teraz pawlatowym czubku , wiatr dokłada cegiełki zaspom, a ja usiłuję przy tej zawiei odpalić papierosa, chowając się pod kurtką. Skostniałe palce z trudem mogły sobie z tym poradzić ale jakoś się udało. W starej radzieckiej uszance, papierosem w zębach, M-65, oparty o bambusowe kijki czułem się pewnie jak mój Ojciec, który kilkadziesiąt lat temu przemierzał te okolice w poszukiwaniu ..no właśnie czego?... Może cała ta krzątanina jest celem samym w sobie?! "..szukam, szukania mi trzeba" i tyle!..."jest cicho. Cisza w zimie jest szklaną kulą, wypełnioną światłem... Trzeba patrzeć na nią z największą ostrożnością, aby jej nie rozbić dotknięciem lub wzrokiem"
... "Dlaczego lubię zimę w górach? Bo mi pokazuje życie gór zakute w lód i śniegi, jakby zamrożone dla przyszłości. Kiedy wsłuchuję się w ciszę zimową -a jest to jedyna cisza w której słyszy się bicie własnego serca -myślę o życiu, które z wiosną wzejdzie na nowo...Kiwająca się pod wiatrem gałąź jodły wypełnia mnie nadzieją że las zrzuci śniegi, które go gniotą i z wiosną na polanie buchnie tuman kwiatów i żywicą będzie pachnieć las wabiący wszystko co się obudziło ku miłości. Tak więc (wiem, że) w zimie sunąc na nartach przez martwy świat ..nie jestem sam.., chodzi ze mną wiara, nadzieja i miłość niezawodne przyjaciółki"
Po kilku chwilach udało mi się dogonić Czarnego z przodu, zjeżdżałem do wsi po jego śladach. Zatrzymaliśmy się dopiero przy strumieniu, żeby zdjąć narty i przerzucić się po pniu zwalonej wierzby na drugą stronę... Chcieliśmy odwiedzić starego Przyjaciela w jego małym żółtym domku, którym się opiekował pod nieobecność właścicieli. Dotarliśy na miejsce kiedy zaczynało się ściemniać... Zimą noc szybko zabiera światło, ale widać że Wielki Hen nałapał troszkę do naftowej lampy, bo przebijało się odrobinę z okna w kuchni. Zastukaliśmy buciorami na ganku żeby się otrzepać ze śniegu. Zaskrzypiały drzwi...
- Cześć Wielki Henie, można zakolędować? - krzyknął od progu Czarny wyciągając z torby po masce przeciwgazowej butelkę Żytniej i paczkę papierosów "Męskie" - czyli mózgojeby do potęgi entej! Ja wyciągnąłem z kieszeni mały słoik ogórków kiszonych.
- o Cześć... - z uśmiechem przyjął tę kolędę domownik - dorzucając drew do kaflowgo pieca w małej kuchni, gdzie ledwie mieściliśmy się we trzech.
- A ja właśnie z lasu wróciłem.. tutaj troche brzeziny naniosłem, jeden profesor zamówił u mnie 5 mioteł , to i troszkę piniendzy zarobie bo coś mi się pokończyło. - odpowiedział Hen z uśmiechem przypominającym mi zawsze postać z kreskówki - Popeya.
- no to Henie, daj coś pod tę kolędę do zagryzki i chluśniem bo uśniem!
- o, gulaszu chcecie? zrobiłem dzisiaj...
- dawaj co masz, ja tam pacierza, wódki i zagrychy nie odmawiam, także jak coś, to daj - Stałe powiedzonka Czarnego.- co tam u Ciebie wariacie?
- Jako tako, po japońsku, hehe...- i skwitował charakterystycznym Henowym- Ba!
- No to , pogonim brzdąca, panie, dawaj tego gulaszu bo zimno, trza się rozgrzać.
- macie, tu chleb jest, troche czerstwy, bo nie byłem w sklepie dawno - Hen miał w zwyczaju pomykać skrzypiącym Karlikiem kilka killometrów do sklepu, ale ze względu na śniegi pojawił się większy problemw utrzymaniu równowagi przy powrotach, zarzucił tę tradycje. Postanowił wyżywić się samemu i tym co mu Babcia, sąsiadka podrzuci; -bo pan Hen to taki dobry człowiek...
Zabraliśmy się do pałaszowania świątecznej kolacji...
- coś mi lasem pachnie ten gulasz
- nom, sarnina jak nic
- a Stasiu jak ja emerytury nie mam, tylko dodatek czasem, kiełbasy od miesiąca nie widziałem, a chleb mam tylko dlatego że mi Babcia upiekła i tydzień temu dała. Miotły też już nie schodzą, i po tym szpitalu to mi tak nogi marzną że nie czuje jak wróce z lasu...
- Wielki Henie, ty nóg nie czujesz bo w dziurawych gumiakach bez skarpetek na 20 stopniowy mróz po brzezine leziesz. Już nawet onuce byś sobie nowe wymienił bo te przetarte i ledwie nogę owiną.
- łoj tam.. ba marzną.. ta marzną... - machnął ręką - polej lepiej bo zimno i w piecu ledwo dycha. I mam skarpetki, bo mi Babcia jakieś stare dała co mówi że nie używa.
- już lejem, każdy Polak po jedzeniu nie zapomni o?
- podziękować?
- o paleniu, bierz Stachu "Męskiego" i odpal od pieca bo mi zapalniczka padła
- ja się poczęstuje Fajrantem , mogę Hen nie? Jakiś sentyment mam do czarnych "Fajrantów" - kilka lat temu gdy poznałem Hena, jeszcze jak mieszkał na Gawrze, ćmiliśmy je dzień w dzień, bo były jedyne w sklepie i mi jakoś smak bardziej chodził niż Czernego "Męskie" ,które po dwóch strzałach chciały urwać głowę i grać nią w beki.
Hen począł kończyć miotłę co ją zaczął przed naszym przyjściem. Uciskał pęk brzeziny przy pomocy nieskomplikowanego ale bardzo przydatnego przyrządu. Mianowicie we framugę wbity był głęboko masywny gwóźdź na wysokości pasa. Do gwożdzia założona przez pętlę była stalowa linka długości około metra, do której końca przywiązany był drąg, tak że jeden jego koniec wisiał na niej jakieś 20 cm nad podłogą, a drugi leżał lużno na podłodze. Hen brał pęk brzeziny, obwiązywał go raz linką, po czym stawał na jednym końcu drąga jedną nogą, a drugą tuż przy lince, w ten sposób ściskając mocno gałęzie. Wtedy brał stalowy drut i kombinerkami dociskał trzon miotły, tak żeby się nie rozleciała. Uwielbiałem podglądać Go jak robił miotły, albo jak rzeźbił, a tej sztuki uczył się od Zubowa gdy kilkanaście lat temu przesiadywali na Gawrze, choć może i wcześniej zaczął? Opowiadał jak mu ktoś raz zwinął dłute, które mu ojciec kowal zrobił. Skończył miotłe i zaczął opowiadać czego to teraz ludzie we wsi nie mają i po co im to wszystko , jak jemu tak wiele nie trzeba, tylko dobrych ludzi i się jakoś żyje. Usiadł oparty o ścianę, otworzył drzwiczki od pieca, odpalił papierosa, po czym rozparł się wygodnie rozcierając zmarznięte stopy i włożył tą bardziej siną do pieca, żeby się od żaru rozgrzała. Chlusnęliśmy po jednym, co by się gulasz dobrze trawił... paliliśmy tak w milczeniu kilka minut. Po ścianach bładziły refleksy światła ze świeczek i lampy naftowej, ostatnio często brakowało prądu przez te wiatry, które teraz nadawały za ścianą audycje wieczorną. Domek skrzypiał i słychać było jak obijają się o dach gałęzie starej lipy rosnącej obok.
-mff mfff....- pociągnął nosem Czarny..- coś się przypala
- nie , to z komina czasem tak zaciąga bo są szpary w oknie, - stwierdził Hen i zamlaskał jak to miał w zwyczaju. Pociągnął mocniej papierosa aż żar rożświetlił mu twarz. Miał w zwyczaju nie strzepywać popiołu, i często spadał mu długi szary kawałek na palce.
- nie no, serio coś się przypala, wali jakąś spaloną szmatą, czy coś...
- K...wa! Hen! Noga Ci sie Pali - podskoczył Czarny upuszczając na ziemię popielniczke z zakrętki od słoika.
- o Ja pie....dole faktycznie! - zorientowawszy się wyciągnąl stope z pieca i zrobiło się jasno bo Henowa skarpetka płonęła żywym ogniem - K..wa Czarny gaś to - i jął stukać płonącą stopą o podłogę żeby ugasić pożar. Zdąrzyłem jeszcze zalać wodą z ogórków. Całe szczęście nie zdąrzyło się przykleić do skóry i udało się zdjąć usmoloną skarpetę bez bólu. Śmiejąc się do rozpuku dokończylismy z radością Żytnią. Potem Hen wciągnął z szafy baniak swojskiego wina, zawinięty w napoczęty przez mole korzuch i tak nam zeszło na puszczaniu dymów i słuchaniu zimy do rana...
Było to ostatni raz kiedy widziałem Hena jak klecił brzozowe miotły, niedługo potem wymiotło Go z Maniyłki gdzieś , nie wiadomo gdzie.. i nie mam pojęcia co się z nim dzieje... Jeśli ktośą ma jakieś wieści... będę wielce zobowiązany.
KONIEC
Dziękuję za to że udało Ci się dobrnąć do tego momentu. Wielkie dzięki Tym, którzy przyłączyli się do zabawy i oddawali głosy w maszynie do wybierania ciągu dalszego. Starałem się jakoś skrzętnie posklejać te wspomnienia i podać je w taki sposób jak je wtedy odbierałem, filtrując przez czas który minął do dnia dzisiejszego. Wszystkie sytuacje są prawdziwe, i podobieństwo postaci do prawdziwych osób zamierzone.. mam nadzieję że mi wybaczą ten satyryczny klej, wyciekający za brzegi.
KobietoBieszczadzka dziękuję za pomoc przy ankietach....
Podsumowując chciałbym Wam życzyć ufności i wielu okazji do uważnej obserwacji.. Jeśli zdarzy się Wam spotkać Kogoś w górach...usiądźcie i posłuchajcie jego historii...
..Kimkolwiek jest ten człowiek: wędrowcem, upadłym mnichem, świętym czy czarnoksiężnikiem, ma w sobie coś, co Tybetańczycy nazywają "zwariowaną mądrością" - jest wolny"
Peter Mathiessen



Odpowiedz z cytatem
Zakładki