Po wyjściu powyżej 1000-metrów i osiągnięciu pułapu chmur wszystko wydawało się w zasięgu ręki.
Niewiele było widać ale świadomość ostatniej prostej stromej ale ostatniej mobilizuje.
Zostało co prawda jeszcze do pokonania jeszcze te drobne 400 (w pionie), ale cóż to jak się ma silną wiarę.
Każdy kto szedł w czołówce osłabiał swą wiarę już po paru metrach przebijania śladu na wysokim śniegu z utwardzoną pokrywą.
Gośka sunąca przodem utrzymywała się na tej pokrywie niczym małpka na drzewie.
Kolejni zawodnicy wpadali po ja..... po uda, tak jak to opisywał Joorgi.
Wystarczy zresztą popatrzeć na ten krótki filmik
http://www.youtube.com/watch?v=_pIz42nTB-A
Z tyłu grupy - tej idącej po przebitym śniegu zaczął się szerzyć destrukcyjny wpływ Rafalko swoim fetyszem.
znowu filmik
http://www.youtube.com/watch?v=foPcNc20-kI
.
oba te króciutkie filmiki dostępne również w wersji HD
.
Mimo zalegających chmur ciągle idziemy do przodu , w górę, aż dochodzimy do grzędy skalnej, która wygląda niczym okop z pierwszej wojny, oczywiście przysypany równo śniegiem.
Krótka przerwa na odpoczynek i próba znalezienia się na mapie.
Powinniśmy być tuz tuż.
Tomek patrząc na swój cudowny zegarek ogłasza że jesteśmy na wysokości 1390 m. Zostało by nam raptem kilkanaście metrów do szczytu. Trudno to potwierdzić bo nic nie widać. Chmura w której siedzimy kompatybilnie zgrywa się ze śniegowym podłożem.
Ruszamy lekko w dół a następnie stromo pod górę. Różne są metody pokonywania tej stromizny , na czołgistę, na czworaka, na siedząco, i na małpkę.
Gdy wycieńczeni docieramy do grani jesteśmy już pewni że to grań Pikuja.
Trzeba odpocząć i coś zjeść.
Tylko obelisku nie widać z żadnej strony i nie wiemy gdzie go szukać - z prawej czy lewej strony.
Coś trzeba jednak wybrać , wybór pada na lewo. Przodem ciągnie Bazyl silną wolą pociągając grupę. Niestety grań opada w dół.
To taki punkt gdy przychodzi uświadomić sobie że nie wiemy gdzie jesteśmy. Gorzej - nie wiemy gdzie jest szczyt Pikuja, blisko? daleko?
Cudowny zegarek podaje że osiągnęliśmy pułap 1540 m. npm.
Fantastycznie !!!, pierwszy raz w życiu jestem ponad 100 metrów na Pikujem i dalej go nie czuję.
Przy widoczności kilku metrów widać jakieś kolejne zbocze, ale co to jest i gdzie prowadzi.
To taki punkt gdy przychodzi uświadomić sobie że nie wiemy gdzie jesteśmy. Tym bardziej że jest godz. 14 i wkrótce dzień będzie się kończył.
Trzeba podjąć tą nielubianą, ale rozważną decyzję.
WRACAMY - i to po własnych śladach, aby nie zgubić się.


Odpowiedz z cytatem