Po powrocie do obozowiska życie leniwie płynie. Topimy śnieg na wodę, leniuchujemy, opalamy się, czysta poezja.
W między czasie podeszła jakaś parka z Polski i Iza z Andrzejem zagadali ich,a ci jak te dziki:
-eeeee, musimy lecieć, mamy napięty plan
-a dokąd idziecie?
-nie wiemy
No ale plan napięty mieli więc polecieli;-)))
Ja obstawiałam, że mieli bliskie spotkanie z Iwanem i teraz mają traumę i wolą na zimne dmuchać i z nikim już nie rozmawiać.
W końcu wraca i Piotr. Jemy coś na obiad i zaczynamy sie zwijać tak po godzinie 15 jakoś;-))))
Ponieważ jest sobota to ruch na połoninie prawie jak na Marszałkowskiej;-)))od strony pobliskiego wyciągu.
Idzie kolejna parka...Wita się z nami po ukraińsku...
No to ja do ekip się śmieję, że ciekawe co o nas sobie tacy myślą, że się zwijamy z namiotem po 15, że pewnie niezłe balety były i mięczaki z nas, a przecież my od 3.30 na nogach i tyle już zwiedzili.
Na co parka przemówiła po polsku:
-Czy nie wiemy ile się idzie na Stoha?
No nie wiemy, bo szczęśliwi czasu nie mierzą, ale mówię im,że tu zaraz jest trawers i oszczędzą nim bardzo dużo czasu.
-A tak, wiem wiem, jestem na Borżawie 15 raz
Tia....
My jesteśmy po raz pierwszy i czas się zbierać na Magurę Żydowską.
A tu jest widoczek jak daleko jest do tych ruin. Chyba było do nich dalej niż do miejsca, w którym spaliśmy od szczytu licząc
cdn







Odpowiedz z cytatem