Puk puk może cd?
Puk puk może cd?
Wysiadamy pod kościółkiem, z ulgą rozprostowujemy kości. Słychać przeciągły świst, jaki wydaje osiem par nozdrzy głęboko wciągających krystaliczne powietrze. Niebo jest częściowo zachmurzone, ale słońce wygląda na tyle często, że po powrocie do domu odkryję, że lekko przypaliłem sobie dziób. Ale póki co ruszamy pod wiadome drzewo z wiadomą dziuplą, gdzie odbędzie się bieszczadzki chrzest Kaśki (szczegóły na wiadomym filmie). Wbrew temu, co krzyczą wszyscy obecni, klepię Anioła w pierwszą krzyżową tylko raz i to naprawdę symbolicznie. Słowo! W ślad za Kaśką w lipowe trzewia zagłębia się Wojtek i Kryśka (osobno!), potem – podobno – czynią to także Bertrand i Renatka. Mnie udaje się uniknąć przeczołgania – oprawcy na słowo wierzą, że już zwiedzałem wnętrze lipy.
A zwiedzaliśmy je pospołu z Marcową i Marcówną choćby rok wcześniej, w okolicach Wielkanocy, gdy to wpadliśmy pokłonić się Łopience, grzecznie zostawiając samochód na parkingu w Polankach i taszcząc dziecko do kościółka w nosidełkach. A z liczby mijających nas aut można było wywnioskować, że tylko my wpadliśmy na taki pomysł. Wówczas w drodze powrotnej złapała nas ulewa i na widok ludzi z dzieckiem każdy, naprawdę każdy mijający nas samochód zatrzymywał się, a kierowca pytał, czy nie potrzebujemy podwózki do parkingu. Byli zdziwieni, a niektórzy nawet patrzyli podejrzliwie, gdy grzecznie odmawialiśmy, bo ciepło opatulona Młoda była zachwycona deszczem bębniącym o przezroczysty daszek nad nosidełkami, więc ani myślała się chować.
Teraz nieśpiesznie wchodzę do cerkwi, jak zwykle czując narastającą ekscytację. To miejsce dziwnie działa – przy wejściu spływa na mnie uczucie pełnego spokoju i bezpieczeństwa, ale po plecach biegnie jednocześnie dreszczyk emocji. We wnętrzu świątyni wita jak zwykle Chrystus Bieszczadzki i promienie słońca przebijające się przez witraże. Z ciekawością podchodzę do założonego przez księdza Piotra ewangeliarza, który – z założenia – ma zostać napisany własnoręcznie przez gości kościółka. Teczka z wpisami radośnie puchnie, niestety dorobiła się również paru idiotycznych wpisów. Mrożkowski Lucuś wiecznie żywy, choć nie wystarcza mu już nabazgrane w toalecie: „Precz!” i zagląda także do Łopienki. Przykre.
Wychodzimy z cerkwi i ruszamy na spacer, bo pogoda nadal dopisuje. Celem sześcioosobowej ekspedycji jest kapliczka na Hyrczy. Cofamy się kawałek drogą do Polanek i rozpoczynamy wspinaczkę po łagodnym zboczu. Wkrótce jednak droga się kończy i czekają nas chaszcze. Ale nic to, Baśka! Mamy wszak Wojtka1121 i jego GPS, z pieśnią na ustach wbijamy się zatem w gąszcz. Po krótkim chaszczowaniu dochodzimy do ścieżki. Ale tu znów zagwozdka. Wojtek i Bertrand spierają się, czy wyszliśmy przed czy za kapliczką i w którą stronę powinniśmy się udać. Jest tylko jeden sposób rozstrzygnięcia takiego sporu, godny prawdziwych, twardych mężczyzn, więc… natychmiast zakładają się o flaszkę. Póki co ufamy GPS-owi i wybieramy opcję Wojtkową. W miarę pokonywania kolejnych metrów twarz Bertranda wydłuża się coraz bardziej – jego wielkie (ale poznańskie) serce wie już, że czeka go kolejny wydatek…
Dochodzimy do kapliczki i rozsiadamy się na schodach na krótki odpoczynek. Drzwi wypaczyły się i nie można ich otworzyć bez ryzyka wyłamania, zatem wnętrze podziwiamy przez wąską szparę. Słońce już wysoko, a ja mam okazję, żeby zjeść pierwszy tego dnia posiłek. Nie czuję już w ogóle porannej niedyspozycji, wniosek jest więc prosty – Bieszczady znów mnie wyleczyły! Po krótkim popasie ruszamy w drogę powrotną. Nieoczekiwanie dla siebie samego wyrywam do przodu i odłączam się od grupy. Zanurzam się w ciszę, zieloność i jak łódka brodzę. Brodzę sam, a przynajmniej tak mi się wydaje. Idący za mną natknęli się bowiem na ślady misia, które skrzętnie obfotografowali, ja natomiast, idąc kilkadziesiąt metrów z przodu, mógłbym przysiąc, że tych śladów nie widziałem, choć – ze względu na błoto – gapiłem się niemal wyłącznie pod nogi. No ale może misie brunatne polarnych nie ruszają.
Wychodzę z lasu i widzę nowy, znajomy samochód, który zaparkował obok naszych – przyjechał Pastor z Piskalem i Julią. Chwila upływa na pogawędce, podczas której docierają pozostali wędrowcy. Po krótkim odpoczynku ruszamy w drogę powrotną, ale w innej konfiguracji osobowo-motoryzacyjnej. Do Ustrzyk Górnych udają się jeszcze Kaśka i Kryśka, więc zapraszam do Srebrnej Strzały, ale dopiero od asfaltu – nie chcę ryzykować kolejnego przytarcia podwoziem na wyboistej drodze, więc do parkingu dziewczyny zwozi Wojtek. Mija mi jeszcze chwila na wyperswadowaniu pasażerkom pomysłu, by rozłożyć w aucie foliowe worki, które mają zapobiec zabłoceniu dywaników. To miłe z ich strony, ale w końcu przyda mi się jakaś pamiątka z Bieszczadów (i przydała się – do dziś ją wożę!). Na parkingu w Polankach Wuka proponuje, by podjechać jeszcze do Kapliczki Szczęśliwych Powrotów, na co wszyscy chętnie przystają. Podjeżdżamy więc kawałek drogą na Terkę i zatrzymujemy się przy urwisku. Robimy krótki rekonesans po najbliższej okolicy, zapalamy świeczkę w wiadomej intencji i późnym popołudniem ruszamy w drogę powrotną.
A wieczorem…
CDN
To parę fotek z tego dnia
IMG_2262.JPGIMG_2265.JPGIMG_2266.jpgIMG_2268.jpgIMG_2271.jpgIMG_2272.jpgIMG_2273.JPGIMG_2247.JPG
Dusza ludzka jest jak ptak:
Gdy wzbija się na pewną wysokość,nie tylko nie wolno jej spocząć,ale musi tęgo skrzydłami pracować,by się na niej utrzymać. Inaczej pierwsza lepsza pokusa pociągie ją ku ziemi.
A to jeszcze parę dorzucę
IMG_2254.jpgIMG_2255.jpgIMG_2257.jpgLIPA.jpgIMG_2277.JPG
Dusza ludzka jest jak ptak:
Gdy wzbija się na pewną wysokość,nie tylko nie wolno jej spocząć,ale musi tęgo skrzydłami pracować,by się na niej utrzymać. Inaczej pierwsza lepsza pokusa pociągie ją ku ziemi.
Dusza ludzka jest jak ptak:
Gdy wzbija się na pewną wysokość,nie tylko nie wolno jej spocząć,ale musi tęgo skrzydłami pracować,by się na niej utrzymać. Inaczej pierwsza lepsza pokusa pociągie ją ku ziemi.
Postanowiłam dorzucić jeszcze kilka fotek,może dzięki temu Marcowego ruszy sumienie,że naród czeka na ciąg dalszy
_MG_9980.JPG_MG_9990.JPG_MG_9991.JPG_MG_9992.JPG_MG_9993.JPGIMG_9968.JPGIMG_9976.JPGIMG_9982.JPG
Dusza ludzka jest jak ptak:
Gdy wzbija się na pewną wysokość,nie tylko nie wolno jej spocząć,ale musi tęgo skrzydłami pracować,by się na niej utrzymać. Inaczej pierwsza lepsza pokusa pociągie ją ku ziemi.
Aniołku ale jesteś niecierpliwa. Daj Marcowemu trochę oddechu. A poza tym ileż przyjemności jest w oczekiwaniu na cd.
pozdrawiam
Marek
Dusza ludzka jest jak ptak:
Gdy wzbija się na pewną wysokość,nie tylko nie wolno jej spocząć,ale musi tęgo skrzydłami pracować,by się na niej utrzymać. Inaczej pierwsza lepsza pokusa pociągie ją ku ziemi.
Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)