Marcowy, do pisania!!! Odłóż czytanie na długie wieczory!
Marcowy, do pisania!!! Odłóż czytanie na długie wieczory!
WUKA
www.wukowiersze.pl
W piękny sobotni poranek budzę się ok. 5:30. Czas pozostały do wyjścia w większości spędzam – nie da się ukryć – przed lustrem. A raczej nad lustrem, bo jest to lustro wody. Na temat jakości miejscowej karmy powiedziano już sporo, więc nie będę oliwy do ognia (notabene) dolewał, jednak faktem jest, że czuję się podle. Jest to o tyle nie fair, że poprzedniego dnia poszedłem spać raczej wcześnie, a przedtem nie piłem dużo. Rzekłbym nawet – piłem skandalicznie mało. I może to był błąd… Mój współtowarzysz wrócił do naszej dziupli znacznie później, nic więc dziwnego, że bladym świtem, o 9:30, zdecydowanie odmawia porzucenia pozycji horyzontalnej. Ja również walczę z przemożną ochotą, by paść w pielesze i normalnie, jak człowiek odchorować. Jednak bardziej od niedyspozycji męczy mnie myśl, że mój pobyt w Bieszczadach potrwa jeszcze jakieś 24 godziny. No i przecież na 10:00 umówiłem się z połączonymi siłami toruńsko-poznańskimi na wyjazd do Łopienki. Jak mógłbym za jednym zamachem zawieść tyle osób? I na dodatek Łopienkę?! Postanawiam więc być wyjątkowo twardym, a nie miętkim.
Twardym, jak Steven, mój KIMB-owy towarzysz sprzed roku, człek proweniencji anglosaskiej, który jechał w Bieszczady pierwszy raz (choć sam twierdził, że zna Bieszczady doskonale, jako że spędził kiedyś dwie noce w hotelu w Sanoku). Ówże Steven przed wyjazdem lekko się przeziębił i był pełen rozterek, czy w tym stanie (postrzeganym przez niego jako coś na kształt bolesnej agonii) w ogóle powinien ruszać się z domu. Ostatecznie zadziałała powtarzana przez mnie mantra: „Bieszczady will heal you!”, którą wysyłałem mu nawet w sms-ach - dał się przekonać i pojechał. I faktycznie – Biesy uzdrowiły chłopa! Po jednym wieczorze w barze "Zajazdu Pod Caryńską" dostał takiego kopa, że notorycznie i na długo znikał nam z oczu podczas wędrówki Bukowym Berdem. Choć uczciwie trzeba przyznać, że reszta ekipy (Zulus, Hero et moi) niespecjalnie go ścigaliśmy, nad to bezproduktywne zajęcie przedkładając podziwianie widoków z pozycji półleżącej, przeplatane okazjonalnym pociąganiem z piersiówki.
Dlaczego zatem Bieszczady AD 2010 nie mają uzdrowić mnie? Nie mam ochoty na śniadanie, ale głos rozsądku podpowiada, że trzeba zabrać coś na drogę. Pakuję do plecaka kanapki, próbując ich nie dotykać, nie patrzeć na nie i – broń Boże! – nie wąchać, po czym zsuwam się po schodach i zaglądam do baru. Towarzystwo jest już w komplecie, choć komplecie nieco zmodyfikowanym: zamiast części regimentu toruńskiego obok Renatki, Wuki i Bertranda w blokach startowych stoją Krysia (primo voto Orsini) i Kasia (secundo voto Darkangel, tertio voto Gargamel). Ponieważ nie mieścimy się wszyscy w bertrandowym karawanie, uruchamiam swój pojazd, porywam Wukę i z kopyta ruszamy. Po drodze – nie do końca wiem, w jakich okolicznościach – dołącza do nas trzecie auto, z Wojtkiem numer 1211 i Wojtkową (numer nieznany). Droga mija spokojnie, nie licząc krótkiego postoju na oddanie pokłonu Biesowi i Czadowi (nie ja jeden mam słaby żołądek, ha!). Na polnej drodze za Polanką podwozie mego nisko zawieszonego bolidu parę razy ociera się o podłoże, za każdym wzbudzając nerwowe drgnięcia pasażerów, do cerkwi dojeżdżamy jednak bez strat w ludziach i sprzęcie.
CDN
Ostatnio edytowane przez Marcowy ; 27-05-2010 o 10:39 Powód: literówka
Ha ha ha
skąd nasze auto to zna hahahahahhaa
"...Lecz ja wrócę tu, będę w twoim śnie.
Nikt nie zabroni nam śnić..."
Bogdan Loebl
Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)