parę fotek, resztę niechaj Anieł zapoda bo jej wysłałam
Wam też wyślę, jak już będą wszystkie, na razie jeszcze nie są
parę fotek, resztę niechaj Anieł zapoda bo jej wysłałam
Wam też wyślę, jak już będą wszystkie, na razie jeszcze nie są
"...Lecz ja wrócę tu, będę w twoim śnie.
Nikt nie zabroni nam śnić..."
Bogdan Loebl
Ostatnio edytowane przez darkangel79 ; 14-06-2010 o 17:00
Dusza ludzka jest jak ptak:
Gdy wzbija się na pewną wysokość,nie tylko nie wolno jej spocząć,ale musi tęgo skrzydłami pracować,by się na niej utrzymać. Inaczej pierwsza lepsza pokusa pociągie ją ku ziemi.
A teraz jeszcze parę...
DSC_1408.jpgDSC_1325.jpgDSC_1390.jpgDSC_1393.jpgDSC_1397.jpgDSC_1398.jpgDSC_1404.jpgDSC_1416.jpg
Jak Kryśka zrobi resztę,będzie cdn...:)
Dusza ludzka jest jak ptak:
Gdy wzbija się na pewną wysokość,nie tylko nie wolno jej spocząć,ale musi tęgo skrzydłami pracować,by się na niej utrzymać. Inaczej pierwsza lepsza pokusa pociągie ją ku ziemi.
Ja przepraszam, ale robo mnie wciągnęło. Jutro siedzę w domu, to dokończę. Słowo :)
HA HA HA
Oki...To zanim Marcowy weźmie się za narrację:)
To wkleję resztę fotek od Kryśki...(to się nazywa współpraca...ona robi i obrabia,a ja wrzucam)
DSC_1426.jpgDSC_1429.jpgDSC_1430.jpgDSC_1434.jpgDSC_1437.jpgDSC_1440.jpgDSC_1447.jpgDSC_1452.jpgDSC_1457.jpgDSC_1473.jpg
Dusza ludzka jest jak ptak:
Gdy wzbija się na pewną wysokość,nie tylko nie wolno jej spocząć,ale musi tęgo skrzydłami pracować,by się na niej utrzymać. Inaczej pierwsza lepsza pokusa pociągie ją ku ziemi.
Po powrocie do Ustrzyk rozwożę towarzystwo do miejsc stałej dyslokacji, czyli Wukę do „Spanka z Żarełkiem”, a Kryśkę i Kaśkę do „Białego”, po czym melduję się „Pod Caryńską”. Jestem trochę zmęczony, ale to raczej przyjemnie uczucie – nie wyczerpanie po całodziennej trasie, po którym chce się tylko walnąć na łóżko, ale miłe zmęczenie, które uświadamia, że spędziło się przedpołudnie w fajnym miejscu i towarzystwie, a w perspektywie jest jeszcze cały wieczór pełen atrakcji. Zrzucam zatem zabłocone ciuchy, przyjmuję szybki prysznic i z zapałem biorę się do przygotowywania zestawów Powsimordowych na wieczór, w czym nieocenionej pomocy udziela (też już całkiem zdrów) niezastąpiony Hero. Jadąc w Biesy miałem z duszą na ramieniu, drżąc o przewożone w bagażniku ładne, ale dość kruche kufle. Zdążyłem się już o tym przekonać na własnej skórze, jako że od producenta upominki te przyjeżdżały kurierem dwukrotnie, a pierwszy raz w skorupach. Jednak w Ustrzykach z ulgą stwierdzam, że szkło nie doznało uszczerbku, podobnie jak pozostałe gifty. Zanosimy więc je wszystkie do „Matragony” i – zgodnie z listą nagród – pakujemy w papierowe torby z gustownym logo szwedzkiego koncernu. A po tej wyczerpującej robocie Żywiec się należy, więc przy barze inaugurujemy KIMB-owy wieczór. Wokół trwają przygotowania do wieczoru, radośnie trzaska grill. Schodzą się pierwsi goście, do których należy także Lucyna, z którą ucinamy miłą pogawędkę pod ogródkowym parasolem. Rozprowadzam KIMB-owe smycze (właściwie to takie dłuższe breloczki), które zostały wyprodukowane za superatę z akcji koszulkowej (przy okazji – zdjęcie z nadruku pochodzi z archiwum Kobiety Bieszczadzkiej, dzięki!), a już niedługo Stały Bywalec inauguruje oficjalnie Obrady Główne IX KIMB-u.
Mogę zdradzić, że zasadniczo mam spore doświadczenie w publicznych wystąpieniach – etatowo prowadzę firmowe konferencje i szkolenia. Daję radę nawet wbity w garnitur i otoczony nie zawsze przyjaźnie nastawionymi ludźmi. Ale przysięgam Wam na głowę mojego kota (nie lubię gada…), że nie ma dla mnie bardziej stresującego zajęcia niż publiczne wystąpienie podczas wręczania Powsimord. Nigdzie język mi się tak plącze, w gardle tak nie zasycha, w głowie nie pojawia się tak niespodziewana pustka… Choć przecież strój mam wygodny, a wokół wyłącznie życzliwi znajomi! Ciekawe zjawisko. Nic więc dziwnego, że i tym razem w „Matragonie” udaje mi się walnąć parę towarzyskich „fromaż” i dokonać spektakularnych zapomnień, zanim szczęśliwie dochodzi do uhonorowania wszystkich Powsimord.
No a potem następuje wydarzenie, dzięki któremu ten pobyt w Bieszczadach stał się dla mnie jeszcze bardziej wyjątkowy. Wasz prezent mnie totalnie zaskoczył i wprowadził w stan, w którym niepotrzebne są żadne środki rozweselające (przez resztę wieczoru piłem z przyzwyczajenia). Jeszcze raz wszystkim P.T. Wykonawcom serdecznie dziękuję. I opowiem niewinne z pozoru zdarzenie sprzed KIMB-u, którego sens dotarł do mnie dopiero po wręczeniu albumu. Otóż jakoś wczesną wiosną chyba przyszła do mnie prywatna wiadomość od jednego z nieznanych mi osobiście użytkowników z dość zaskakującym pytaniem: na jaki adres… wysłać zdjęcia do albumu. Nie miałem pojęcia, o co chodzi, więc grzecznie odpisałem, że to chyba pomyłka. I dostałem szybką odpowiedź, że faktycznie, pomyłka i zły adres. Jak się podczas KIMB-u okazało, adres był właściwy, tylko listonosz się pośpieszył :)
Ale wróćmy na KIMB. „Przyjemny wieczór nam dojrzewa”, trwają śpiewy, z braku rury tańczy się w parach, gitara krąży z rąk do rąk, nawet mnie udaje się do niej dorwać. Ale włącza mi się program „pies ogrodnika” i zaczynam z coraz większym niepokojem spoglądać na wędrujący po sali album. Miło mi, że mogę się dzielić swoim szczęściem, ale z drugiej strony trochę się boję, że to arcydzieło ucierpi, zostając choćby rozłożone na mokrym stole. Uznając, że wszyscy chętni tom obejrzeli, postanawiam przenieść go w bezpieczne miejsce. I tu pojawia się dylemat – jakie miejsce będzie wystarczająco bezpieczne? Pokój w „Zajeździe” może spłonąć – wszak impreza nabiera rumieńców – natomiast samochód może zostać skradziony! Byłoby to pewnie pierwsze auto ukradzione w Ustrzykach Górnych, ale… licho nie śpi! Ostatecznie decyduję się powierzyć album opiece centralnego zamka Srebrnej Strzały. Decyzja okazuje się słuszna, bo samochód stoi blisko baru, a ja tego wieczoru jeszcze trzykrotnie odbywam kurs między jednym a drugim, by okazać dzieło wszystkim chętnym, którzy wyrastają jak spod ziemi!
Ponieważ nazajutrz planujemy wyjazd wczesnym rankiem, z żalem żegnam się z towarzystwem i wspinam się po schodach do pokoju. Zasypiam natychmiast i mam wrażenie, ze równie natychmiast wstaję. Hero, jak zwykle wróciwszy później, jak zwykle smacznie chrapie. Próbuję go budzić i odbywamy następujący krotochwilny dialog:
- Hej, wstawaj, jest 9.30.
- Brrrrrrrmmmmrrrrrr… A o której wyjeżdżamy?
- No zgodnie z planem, o 10.00.
- Hmmmmfffffpsssss… A tak na serio?
Schodzę na śniadanie, w barze zderzając się z liczną i hałaśliwą wycieczką. Na szczęście wielonogi stwór skonsumował właśnie śniadanie i właśnie wychodzi. Konsumujemy i my (z Wuką i Hero) szybki posiłek, dokonujemy rozliczenia za nocleg i pakujemy się do Srebrnej Strzały. Na parkingu wita nas Janio, kurczowo przyciskając do piersi plastikową butelkę po pepsi, wypełnioną brązową cieczą. Ale nie jest to cola, o nie! Tak oto dowiadujemy się, kto od paru dni – regularnie, co rano – upijał Jania! O ten niecny proceder był przez pana Leszka posądzony Bogu ducha winny Hero, a sprawcą był… Cóż, dla dobra trwającego śledztwa nie możemy tego ujawnić.
Ruszamy do domu. Biesy żegnają nas ciężkimi chmurami i deszczem, który towarzyszy nam przez całą drogę do Warszawy. Nie da się jechać szybko, ale opad przegonił do norek wszystkie mundurowe patrole, zatem droga wolna! Wolna nawet w dwóch znaczeniach. Podróż w zacnym towarzystwie upływa jak zwykle w miłej atmosferze. Poziom adrenaliny rośnie nam trochę pod samą Warszawą. Najpierw utykamy prawie na progu domu Hero, a dokładnie na znanym i nielubianym rondzie w Górze Kalwarii, a potem wbijamy się w korek na drodze lubelskiej przed samą Warszawą. Co zrobić, wszyscy wracają z weekendu… Ale tylko my musimy dotrzeć na czas na dworzec PKS, by wyprawić Wukę w dalszą drogę do Torunia! Na dworzec wpadamy dosłownie w ostatniej chwili, gdy autobus stoi już na stanowisku z włączonym silnikiem. Cóż za perfekcyjna koordynacja – pokonać 500 km po polskich drogach z dokładnością niemal co do minuty! Żegnamy się wylewnie (niebo ciągle beczy), a ja ruszam na prawy brzeg i po pół godzince zapadam w domowe pielesze.
Do zobaczenia za rok!
PS.1.
Od KIMB-u minął już miesiąc i niektóre szczegóły mi się w pamięci zatarły. Ponadto mam duży problem z zapamiętywaniem liczb (z tego powodu błyskawicznie zakończyła się moja niegdysiejsza kariera analityka), więc jeśli coś w relacji pokręciłem, to proszę mnie poprawić.
PS. 2.
Dziękuję pięknie wszystkim zaangażowanym w akcje: powsimordową, albumową, smyczową i książkowo-komaniecką. Ta ostatnia zaowocowała zebraniem (bodaj) kilkunastu tomów, dzięki szczególnemu udziałowi regimentu trójmiejskiego. Przesyłkę pod wskazany adres dostarczył regiment toruńsko-bydgoski pod wodzą kuriera carskiego Piskala Strogoffa.
PS. 3.
Szczerze mówiąc, ostatnia część opisu peregrynacji czekała tak długo, bo poprzednie (prawie wszystkie) pisałem pokrzepiając się porzeczkową Pastorówką. Ale każda butelka w pewnym momencie się kończy, podobnie jak wena, zatem… sami rozumiecie.
PS.4.
Dziękuję wszystkim fotografikom i fotograficzkom za ubarwienie relacji fotkami.
PS.5.
Propozycja pod rozwagę organizatorów na przyszły rok: może zacząć obrady główne jubileuszowego KIMB-u nieco wcześniej niż o 19.30? Osobiście mam duży niedosyt, że nie udało mi się pogadać z wieloma osobami, a jest to jedyny w roku wieczór, gdy to jest możliwe. Podczas części oficjalnej nie bardzo można, a potem duża część kimbowiczów już się zwinęła. Rozumiem, że wcześniej w dzień KIMB-owy wszyscy są gdzieś w górach, ale do 17.30-18 pewnie można wrócić? Co Wy na to?
PS.6.
Dzięki dzięki dzięki! :)
Ostatnio edytowane przez Marcowy ; 15-06-2010 o 23:44 Powód: literówka
Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)