Rozdział IV
Odyseja zmotoryzowana
Napisałem, że w Bieszczady dojechaliśmy prawie bez przygód. Mniejsza o przygody, ale to one sprawiły, że musieliśmy udać się naszym brum-brumem do Ustrzyk Dolnych, potem do Leska, a jeszcze później do Zawozu. A jedno wynikało z drugiego. No nie, do Leska i tak mieliśmy jechać. Nie zapominajcie, że do wczoraj Kaśka Anieł Gargamel i moja Julinka były bieszczadzkimi dziewicami. Szczytowanie na Dwerniku -Kamieniu zmieniły tę sytuacja, ale trochę Bieszczadów i tak należało im pokazać.
Pojechaliśmy w trójkę. Wojtek Myśliwiec podłączył się do Wojtka Cyferki i Stałego Bywalca i uderzył na Przełęcz Orłowicza, a Banan… Banan poszedł wreszcie do Rajskiego.
Ha! Tak chciałbym napisać, nawet napisałem, ale to nieprawda. Banan chciał jechać z nami. Mieszkał kilka miesięcy w Lesku i chciał nam pomóc, zna tam kilka osób. Ale Kaśka nie zgodziła się, bo Banam pije. A kto nie pije w Bieszczadach? Chociaż rano Banan był trzeźwy. A kto wie,czy gdyby pojechał z nami,to może by nie zdarzyło się to , co się zdarzyło. Tak czy inaczej Banan poszedł na szlak, który zaprowadził go pod kultową wiatę, a my pojechaliśmy.
Wiedziałem czego dziewczyny nie mogą nie zobaczyć. Najpierw cerkiew w Smolniku, potem ta najpiękniejsza- w Równii . Później niczego nie załatwiliśmy w Ustrzykach i pojechaliśmy do Leska. A Lesko..już o tym pisałem. Darzę to miasteczko szczególnym sentymentem, nawet Web kamerę mam ustawioną na leski ratusz. Oczywiście pokazałem kirkut, na którym historia aż krzyczy. Potem szliśmy obiad. I dopiero wtedy zauważyłem, że Lesko to miasto pizzerii, gdzie spluniesz to pizza. Znaleźliśmy w końcu restaurację z normalnym żarciem, na rynku, na piętrze. A potem poszliśmy na piwo do „Alfa”. A gdy byliśmy w „ Alfie” pogadałem i skierowano nas do Zawozu. W planach była droga do Soliny przez Bóbrkę, skręciliśmy wcześniej, na Zawóz. Fajnie, tą drogą jeszcze nie jechałem.
Wcześniej, rzecz jasna Kamień Leski. Na dziewczynach zrobił wrażenie wprost proporcjonalne do swojej wielkości, bo gdy jechaliśmy do Leska pokazem im Kamień, i było takie:
-A ,to ten (koniec emocji)
W Zawozie nie załatwiliśmy niczego, pojechaliśmy więc na Myczkowce. Przyznam się, że też byłem tu pierwszy raz . Przy zaporze w Myczkowcach już padały pytanie typu: Czy to już Solina? Nie, mówię, zgodnie z prawdą. Jedziemy dalej, aż wreszcie nie ma wątpliwości- TO JUŻ SOLINA. Też jestem pierwszy raz. Parkujemy, idziemy na tamę, po drodze sklepiki, smażalnie, starsze panie, rozkrzyczana dzieciarnia. Kurcze, trafiliśmy na jakąś czasoprzestrzenną niszę? Weszliśmy w teleport i przerzuciło nas do Zakopanego? Nie! Jest tama! Wszedłem też, na dobre 20 metrów i już mogę powiedzieć- BYŁEM, I MOGĘ IŚĆ NA PIWO. Poszedłem. I bardzo jestem szczęśliwy.Z tego powodu, że Julii o wiele bardziej spodobała się jutrzejsza wycieczka, na Dydiową, gdzie brodziła po łydki w błocie i desantowała się przez strumień po kolana w wodzie, niż tama na Solinie.
Dobra, chciałyście być na Solinie, byłyście, a teraz jedziemy w Bieszczady. I pojechaliśmy. Przez Polańczyk, Wołkowyję, Terkę, aby zatrzymać się przy Kapliczce Spokojnych Powrotów w Polankach. . I tu musiał bym dużo napisać.. ale nie napiszę .Na wycieczkę do Łopieńki umówiliśmy się już na inny dzień, pojechaliśmy więc prosto do Cisnej.
A Cisna, to nie Solina. U Rysia było już zamknięte, ale w Trollu Robert przywitał nas niemal w progu. To bardzo miłe, że przyjeżdżasz w pewne miejsca raz, dwa razy do roku, a ludzie cię pamiętają. Gdybym przyjeżdżał 10 lat, to rozumiem, albo gdybym u niego siedział 2 tygodnie, ale Roberta, właściciela Trolla, znam 2 lata, i tylko raz u niego spałem, a tak to tylko wpadałem przelotem, aby się przywitać. Dzięki Robercie za pamięć. Później, koniecznie, Siekirezada. Niech dziewczynki zobaczą jak tam jest i z czym to się je.
Robiło się późno, ruszyliśmy więc dalej. Następny przystanek na Przełęczy Wyżnej a potem te fantastyczne serpentyny. Berehy, Dwernik, Chmiel i powrót.
Wojtek 1121 w tym roku zamieszkał w Domku Myśliwskim. Do Sękowca przyjeżdżam od kilku lat i jeszcze nie miałem okazji być w tym domku. A ponieważ Wojtek następnego dnia z Sękowca wyjeżdżał do Ustrzyk Górnych zaprosił był więc nas do domku. Cóż, niby ładny, zadbany, nowy, ale..
rozpiliśmy flaszkę,
uważajcie, żeby nie poplamić obrusu...
tylko żeby nie za głośno
to na jutro umówmy się od razu
Nic spontaniczności, nic klimatu.. Pewnie przesadzam, bo klimat robią ludzie. Może tak to odebrałem, bo Wojtek był "na walizkach" ale..
Ale mnie się tam nie podobało. Za ładnie. Za sztywno . W naszym domku ogień wesoło tańczy w kominku, wódka i piwo chłodzi się w lodówce, a muzyka brzmi z głośniczków dołączonych do telefonu. Dobra muzyka...
Z Wojtkiem umówiliśmy się na rano na Krywe.
Na bardzo wczesne rano...


Odpowiedz z cytatem