Deszcz nie odpuszcza i jest wszędzie... nad, pod, obok, za i przed nami… toczymy się więc niezbyt szybko, wypatrując przez krople wody przystanku, który sobie gdzieś tu jest…
Przystanek – jak to przystanek – stoi przy drodze, w zatoczce, ma daszek i rozkład jazdy. Mijałam go tyle już razy, czasami przystając, a czasami tylko patrząc przez szybę samochodu na przystankowiczów wpatrzonych w rozkład jazdy umieszczony na przystanku. A rozkład jazdy jest tam nietypowy – złożony z paciorków różańców różnej wielkości i kolorów, ogarków świeczek, monet rzuconych, sztucznych kwiatów, wydeptanych śladów i nadłamanych gałązek drzew nad urwiskiem, które stało się kiedyś przyczynkiem dla tego przystanku - rozkład powrotów… szczęśliwych. Odhaczamy więc jeszcze jeden szczęśliwy powrót gdzieś stamtąd tutaj prosząc o kolejny… szczęśliwy… kiedyś tam… jak najszybciej…
Sześć dni temu świeciło tu słonce. Teraz na pamiątkę zabieram spod przystanku jeszcze skasowany bilet – bieszczadzki deszcz we włosach i bieszczadzkie błoto na butach. Gór nie ma jak zabrać…
Na wysokim piętrze,
jakby szykując się do lotu,
stromym daszkiem nakryta,
Kapliczka Szczęśliwego Powrotu.
Pod nią rzeczne wiry
po kamieniach brzęczą,
wędrowcy świece palą
z wiadomą intencją:
„Pozwól wrócić do domu
z bieszczadzkich wykrotów,
samotna biała Kapliczko
Szczęśliwych Powrotów
/tym razem z tomiku WUKI: „Nocne niebo śpiewa aniołami”/


Odpowiedz z cytatem