Pomysł narodził się na urodzinach Romana, który powiedział mi, że córka leci do Rzymu za jakieś 40zł. Zaczęłam śledzić tanie linie i wysoczyło mi takie Bergen za niewielkie w sumie pieniądze. Wojtek podchwycił pomysł i przejął stery w organizacji, bo ja mam słomiany zapał, a on bardzo chciał lecieć. To był początek.
A całość leci tak:
Sobota około południa Ania zabiera Rene, Wojtka i mnie z Olsztyna i jedziemy do Gdańska mijajc po drodze rokwiecone łąki. Rene stwierdza, że jest tak słodko, że trzeba stąd uciekać tam gdzie zimno. W Gdańsku idziemy jeszcze na obiad na Starówce. Jedzenie jak jedzenie-dobre, ale bez szału, ale stwierdzamy, że za parę dni te schaboszczaki będą wspominane jako najlepsze jedzenie na świecie (tak też było).
Na lotnisku spotykamy resztę ekipy- Monikę, Ale, Kaśkę, Grażkę i Krzyśka. We czwartek miała lecieć jeszcze jedna parka, ale napisali tylko smsa, że zwiedzają Gdańsk (w domyśle zamiast Bergen) i żebyśmy nie pytali co się stało i życzą dobrej pogody. Nie wiemy co się stało, zgodnie z życzeniem nie pytaliśmy...jeszcze;-)
Jest parę osób, które będą leciały po raz pierwszy, jest parę osób, które chca robić zdjęcia podczas lotu, czytaj wszyscy chcą siedzieć przy oknach.
Zaczyna się walka o okna-UDANA dodam;-)każdy siedzi przy swoim okienku.
Odlatujemy...