po zwiedzeniu wszystkich ciekawych obiektow centrum tzn. fortow i sklepow monopolowych udajemy się na fort „San Riddeau”, fort również jest ogromny , ale wyglada troche inaczej , może dlatego ze by kiedys wysadzony. Podczas gdy reszta idzie dolem my z toperzem, tomkiem i kita zapuszczamy się w gorny korytarz. Jak na razie to ten fort podoba mi się najbardziej! Wyglada na najrzadziej odwiedzany, najmniej widac wspolczesna ingerencje czlowieka. Króluje roslinnosc i woda nadgryzajaca wewnetrzne sciany.













Niestety ten fort dla niektorych okazuje się pechowy. Gdy zwiedzamy sobie boczny korytarzyk nad wejsciem,kita nie zauwaza dziury w podlodze i w nia wpada.. na szczescie wpadl w pierwsza dziure a nie w ktoras z kolejnych więc w ta najwezsza i ze stopniem ponizej na ktorym się zatrzymal (i w który mocno przywalil noga..). Wydaje się być nienajgorzej, kita normalnie chodzi, nie traci humoru, nawet się usmiecha. Jednak jako ze przez zdarta skore i mięso przeswituje kosc i kita dosyć zle znosi polewanie nogi wodka- bunkrowcy komisyjnie postanawiaja na wszelki wypadek zabrac go na pogotowie. (dobrze ze był jakiś miejscowy z autem, a i przede wszystkim jakiś trzezwy ). Jak się potem okazuje kosc jest cala, zakladaja jakieś szwy i kita wraca na impreze. Ufff... twardy zawodnik i na dodatek ma cholerne szczescie!!

aha, zwiedzamy jeszcze fort „duńkowiczki”- gdzie jest albo jeszcze niedawno była hodowla pieczarek.





Mielismy tez zwiedzac fort Orzechowice ale ponoc jest za bardzo zachaszczony. Ciezko o lepsza reklame! Więc orzechowice jutro :)

wracamy więc na łętownie,”soltysow” już nie ma... za to po forcie kreci się mloda para w slubnych strojach która chyba tu postanowila sobie zrobic romantyczny fotograficzny plener ona- miejscowa, i on- Włoch.
Bunkrowcy postanawiaja zrobic im „brame” i nie wypuscic z fortu poki się nie wykupia :) na wyjsciu stawiany więc jest stolik, zbieramy kwiatki na bukiet i czekamy.


Pierwsza konkurencja dla slubnej pary jest strzelanie do slupa z painballowego karabinku.




Następna jest typowo meska konkurencja -włoch musi wypic wódke z bunkrowcami. Troche się wymiguje z początku ze u nich to tylko wino się pije i cos tam cos tam po wlosku dalej było ekipa jest jednak nieugieta- zachcialo mu się kobity ze slowianskiego kraju to i realia musi poznac! Jako przeciwnik do butelki zasiada gelwe- znany w srodowisku z tego ze z nim się nie pije... paru probowalo i ponoc zle skonczylo (w tym roku gelwe jedzie nad bajkał- może wreszcie tam znajdzie rownych przeciwnikow do szklaneczki..) Na stol wjezdza jakas butelka zza wschodniej granicy. Wznoszone są kolejne toasty i pokazuje się dno...



jeszcze na koniec koronacja makaroniarza korona z drutu kolczastego (która ma symbolizowac uroki zaslubin z nasza rodaczka?? )
i nowozency ruszaja w dalsza droge... na zawsze pozostanie już tajemnica jak daleka była to droga...

zatem bilans zlotu- jak to ladnie podsumowal jacek z forum „jeden ranny po naszej stronie i jeden nieprzytomny italiano po stronie wroga”

dalej bawimy się już w swoim towarzystwie. Wiesiek opowiada nam rozne historie o okolicy, gramy na gitarach i spiewamy,



zarełko z ogniska, są tez rozne fajerwerki i pokazy „swiatlo-dzwiek” bynajmniej nie kupne, przyrzadzone wlasnorecznie przez niezmordowanego grzesia. Urok tego typu wynalazkow polega na tym ze kazdy jest niepowtarzalny. Ja mam mieszane uczucia bo panicznie się boje nawet malych petard, ogolnie wszystkiego co wybucha ale trzeba przyznac ze widoki są zacne :)



rano niestety już zakonczenie zlotu, niemily moment pozegnan, ekipa rozjezdza się po swiecie...:(


na forcie do poniedzialku zamierzamy zostac jedynie w 5 osob: ja, toperz, ziuta i grzesiek z corka. Oni jada zwiedzac przemysl- umawiamy się na wieczorne ognicho i jak wyjdzie to wspolne kapiele w nadsanskich zwirowniach kolo ostrowa.