po tych wszystkich przeprawach trzeba było odpocząć.
Magazin w chyba Dniestrzyku Hołowieckim fajnie się komponował;
nie wiem które ujęcie lepsze, więc wrzucam oba:

DSC034712.jpgDSC034722.jpg

ktoś nieobeznany mógłby może sobie pomyśleć: "co to za jazda, tylko pod sklepami siedzą i piwo piją". Nieprawda! Myśmy ciężko pracowali nad kondycją!
Dzięki temu, że kiedyś czytałem o treningu kolarskim, byłem świadom, że kondycja poprawia się, nie podczas jakisik ciężkich podjazdów (jak myślą profani), ale podczas regeneracji, czyli podczas odpoczynku, bo to podczas odpoczynku organizm przystosowuje się do większych obciążeń i goją się mikrouszkodzenia w mięśniach,
a my bardzo staraliśmy się nie zaniedbać odpoczynku - tego kluczowego elementu kolarskiego treningu.
Jest jeszcze jedna kwestia, o której wiem, ale w książkach o tym nie piszą;
znajomy zawodowy sportowiec (był nawet jakimś mistrzem europy w biatlonie), zdradził mi kiedyś, jak sobie radził z zakwasami; jego metoda to gorąca kąpiel i trzy piwa. Ilość piw trzeba oczywiście dopasować do swojego poziomu wytrenowania - myśmy na raz nie pili więcej niż jedno.
Możliwości kąpieli (ew sauny) nie mieliśmy, więc wieczorami grzaliśmy się samogonem, cóż, trzeba sobie jakoś radzić..
w każdym bądź razie system treningowy działał - zakwasów nie było w ogóle.

skrywająca się cerkiew:

DSC034732.jpg

i Maszaniec, gdzie nowo-poznany pod magazinem miejscowy (przyjechał dostawczakiem na przemyskich numerach), oprowadził nas po wsi

DSC034782.jpgDSC034772.jpg

SPA:

DSC034762.jpg

no to do przełęczy, na której ustanowimy strefę kibica mieliśmy pod górkę; 200m w pionie i max 16% podjazdu, ale nie było tak ciężko jak podczas przedzierania się pod górę, po łące.
Dla odmiany, po drodze, teleportowaliśmy się na chwilę w Beskid Niski:

DSC034842.jpg

Wieści w strefie kibica były dobre; Polska wygrywa i gra dobrze.
Rozgrzani Żanżakiem zjechaliśmy szybko do Leniny, która okazała się być Potokiem malutkim, ale Wielkim z nazwy.
Mieliśmy z sobą trochę darowanego chleba na wypadek noclegu w namiocie.
Z załatwieniem noclegu było dużo trudniej niż w Boberce; trwało to może nawet aż z pięć minut.
a był to nocleg u nieświętych Mikołajów.
Pierwsza napotkana osoba, Mikołaj, powiedziała nam, że z noclegiem nie będzie problemu, ale on nas zaprosić nie może, bo sam wynajmuję chatę - czyli turysta się nam trafił! Na co dzień Mikołaj mieszka w Użgorodzie i nie uznaje chemii w jedzeniu i piciu.
Czekaliśmy chwilę z Mikołajem na właściciela, jak się okazało też Mikołaja, by spytać o pozwolenie na nocleg.
Mikołaj, właściciel chaty, oczywiście zaprosił nas do środka. Mikołaj mieszka po drugiej stronie ulicy, jest Bojkiem i gra na weselach.
Rozglądałem się w międzyczasie, czy nie kręcą się jakieś kobiety, ale nie, raz tylko się przestraszyłem, gdy Mikołaj Zero Chemii spytał jakąś kobietę w oddali, czy by nie przenocowała Polaków, na szczęście pośmiała się i poszła dalej - więc wielka micha ziemniaków z mięsem na kolację nam nie groziła, a pomni wczorajszego wieczoru, na brak samogonu, byliśmy przygotowani.
Zapowiadał się chłopski wieczór. Samogon stał na stole, 56-procentowy, ale nie aż tak dobry jak 50-procentowy w Boberce.
Zagotowaliśmy nawet wodę, by się zakoserwantować zupą w proszku, Henkowi się nawet to udało, a ja swoją otwartą torebkę wyrzuciłem do śmieci, bo na stole obok samogonu; pojawił się biały ser od matki Mikołaja Bojka i chleb. Ser był przepyszny i świetnie z chlebem pasował jako zagrycha.
W trakcie rozmowy wyszło, że Mikołaj, gość na oko po piećdziesiątce, ma dorosłego wnuka. Jak to możliwe? Mikołaj przyznał się, że ma 68 lat. - zero chemii. Przynieśliśmy później nasz Chlibnij dar, Mikołaj z początku nie chciał się czepić chemicznej horyłki, ale jak w końcu spróbował, to stwierdził, że da się pić, chociaż 10 lat temu była lepsza.
Jedno z powiedzeń Mikołaja:
"Moja żona modli się w cerkwi, by się dostać do raju, a ja Raj mam tutaj!"
Chwalił się też, że poprzednią noc spał na sianie.
Śpiewaliśmy też Pidmanułe z Mikołajem muzykiem, ale nie za dużo.
Pod koniec Mikołaj Bojk, pokazał mi z dumą swojego Fiata Dobblo, tyle że żeby go zobaczyć musiałem iść za Mikołajem do jego domu, po ciemku a tam w nocy jest ciemno!
W naszym pokoju otworzyliśmy wcześniej okiennicę, jakoś dziwnie krzywo wisiała. Rano znaleźliśmy ją na zewnątrz na ziemi. Na szczęście nic się okiennicy nie stało i zamontowaliśmy z Mikołajem okiennicę na swoim miejscu. Nie można otwierać tego okna.
Nie pamiętam jak trafiłem do śpiwora.
Na drugi dzień, kaca dla odmiany był (na pewno przez chemiczną wódkę!), ale poszumiało w głowie, trochę pobolało i szybko przeszło..