Faktycznie, Darku, miałeś pecha.
Ale i ja też, będąc w dziecinno - młodzieżowym wieku 15 lat, raz nieźle podpadłem.
Byłem wtedy wzorowym harcerzykiem i dobrym uczniem elitarnego radomskiego liceum, zwanego kuźnią olimpijczyków (od tzw. olimpiad przedmiotowych). Jesienią, we wrześniu, z soboty na niedzielę, urządzono nam w lasach podradomskich zlot środowiska naszego hufca harcerskiego. Naprędce podzielono nas na zastępy. M.in. zostałem zastępowym i ja. Przydzielono mi ok. 10 w sumie sympatycznych urwisów, ale takiej zbieraniny z radomskich zawodówek, którzy od samego początku tylko formalnie mi się podporządkowali. Niektórzy z nich byli nawet o rok, dwa starsi ode mnie, co w wieku "nastu" lat miewa spore znaczenie.
Od szefa zgrupowania, jakiegoś 40-letniego harcmistrza, dostałem kartkę z adresem i zadanie "bojowe" do wykonania: odnaleźć i przeprowadzić wywiad z kombatantem Batalionów Chłopskich, a potem zdać relację wieczorem przy ognisku. Inne zastępy otrzymały podobne dyspozycje.
I tak oto kilkaset sztuk radomskiej młodzieży rozpełzło się po okolicznych wsiach, wyjątkowo obfitujących w członków ZBoWiD.
Moje orły, zaraz po zejściu z oczu drużynowym, wyjęły "sporty" i zaczęły "jarać". Potem weszły w szkodę - na jabłka i gruszki ! Gdy jakiś chłop zaczął nam złorzeczyć, rzucili w niego kamieniami. Ja oczywiście nie brałem w tym udziału, usiłowałem im tego zabronić, powstrzymać ich - ale nadaremnie. Powiedzieli, że jestem tylko ich przewodnikiem (bo mam kartkę z adresem !), a nie żadnym dowódcą i żebym się odp...
W końcu znaleźliśmy chałupę z wręczonego mi adresu, ale bohatera to w niej już nie było. Poszedł do kościoła a potem do knajpy. No to i my za nim. Znaleźliśmy go w wiejskiej gospodzie. Jako druh zastępowy ładnie mu się zameldowałem, wyraziłem w imieniu całej radomskiej młodzieży "wdzięczność i podziw", a potem poprosiłem o wywiad. Wujek się ucieszył, napuszył i rozgadał, postawił nam nawet piwo. Ja nie piłem, bo mi - jako młodemu zastępowemu - nie wypadało, ale moi "podwładni" ... . A potem ów bohater, będąc już wstawiony (piwem to on tylko popijał inny trunek), oświadczył, że chętnie pójdzie z nami na ognisko i sam opowie o swoich zwycięskich bojach z okupantem hitlerowskim. I tak uczynił, wcześniej się jeszcze raz napiwszy (a moje orły razem z nim).
A następnie to było już tak.
Przyprowadziłem na obrady przy ognisku zataczającego się opoja, który bełkotliwie wszystkim obwieścił, że nikogo się nie boi. Moi, pożal się Boże, podwładni, też coś bluźnili bez sensu. Jeden z nich, chyba najstarszy (17-latek), publicznie odlał się przy ognisku. Ja stałem na baczność, wyprężony jak struna, i odbierałem opeer od drużynowego.
Ale to jeszcze bynajmniej nie wszystko. W tym momencie wpadł między nas sołtys z jakimś chłopem, który wskazując mnie i mój zastęp, zaczął się drzeć: "To oni, to oni zniszczyli mój sad i kamieniami we mnie rzucali. Łobuzy, chuligani !"
Sprawa ta była później przedmiotem korespondencji pomiędzy ZSL i ZHP, a także tematem odrębnych obrad rady pedagogicznej w mojej szkole.
Co do relacji z ojcem, to były one podobne, jeśli wręcz nie identyczne, jak te opisane przez Darka.

Pozdrawiam