4.09
Budzimy się w sposób naturalny. Za oknem pochmurno i mgliście ale nie pada. Kiedy spojrzałem na zegarek zrozumiałem, że nie ma szans na trasę zaplanowaną wczoraj. Spaliśmy tak długo, że nie będziemy w stanie zejść ze szlaku przed zmrokiem. Jak by nie patrzeć na przejście planowanej trasy potrzebujemy ok. 8 godzin. Zwłaszcza, że nie lubimy wyścigów na trasie i zawsze znajdziemy czas aby się zatrzymać i podziwiać piękno przyrody. Jest już po 10 a my jeszcze w powijakach, nie zjedliśmy śniadania a i porannej kawy nie wypiliśmy. Chwila zastanowienia i przez aklamację podejmujemy decyzję idziemy na Tarnicę. Dzwonię do Bertranda z pytaniem czy realizują swoje wczorajsze plany. Bertrand mówi, że się wahają. Informuję go, że my zmieniliśmy swoje plany i idziemy na Tarnicę. Szukając transportu do Wołosatego odbieram telefon od Bertranda, że za 15 minut będzie z Renatką w UG. Zapraszam ich do centrum UG, gdzie czekamy na nich przy sklepie. U Czesia w sklepie zamawiamy chleb, który odbierzemy po zejściu z trasy. Jak zwykle pogawędka z właścicielem wymiana aktualnych ploteczek, narzekanie na polityków, pogodę. Gdyby nie Czesiu to nie wiedzielibyśmy co się dzieje na świecie. Przynajmniej tu w Bieszczadach udaje nam się żyć bez telewizora, radia i prasy, cóż za święty spokój a i człowiek się mniej denerwuje. Przyjeżdża Bertrand proponujemy aby zostawił samochód w UG, i do Wołosatego pojechać busem, który jest już umówiony. Bertrand informuje nas, że on z Renatko będzie wchodził i schodził od strony Wołosatego. No cóż, szkoda bo proponowaliśmy zejście do UG Szerokim Wierchem. Ładujemy się do srebrnej strzały oklejonej zielonymi napisami i mkniemy do Wołosatego. Przypominamy sobie jak jeszcze niedawno ta droga wyglądała jakież to niespodzianki czyhały na kierowców ale dobrze, że zachodzą zmiany na lepsze. Kupujemy bilety na szlak. Uprzedzam wszystkich, że kiedykolwiek idę na Tarnicę bez względu na pogodę na górze następuje załamanie. Zawsze kończyłem łazęgę w deszczu, mgle i błocie. Bertrand zapowiada, że odczaruje tego pecha, trzymam za słowo zobaczymy. W trasę wyruszamy w słońcu jest na razie pięknie. Biorąc pod uwagę, że to sobota to trzeba się liczyć, że takich wędrowców im bliżej szczytu będzie więcej. Idąc pod górę tworzy się dwa peletony Jeden to peleton pań drugi Bertrand i ja. Rozmawiając o naszych wspólnych znajomych (nie omieszkaliśmy również poplotkować o koleżankach i kolegach formowych) nie wiedzieć kiedy doszliśmy na Tarniczkę. I o dziwo Tarnica wita nas piękną pogoda i niesamowitymi widokami. Czyżby Bertrand faktycznie miał zdolności odczyniania uroku? Byle tak dalej. Moje dziewczyny odmawiają marszu na szczyt Tarnicy, zostawiam pod ich opieką plecak sam łapię statyw, aparat i maszeruję na szczyt. Zdążyłem zrobić pierwszą serię zdjęć do panoramy a widzę Renatkę i Bertranda wchodzących na szczyt. Wspólnie robimy sesję zdjęciową, ja im oni mnie. Fakt zdobycia najwyższego szczytu polskich Bieszczad czcimy złocistym płynem wniesionym przez Bertranda. No i najważniejsze Bertrand zmienił zdanie, idzie z nami przez Szeroki Wierch do UG. Po zejściu z Tarnicy jemy jeszcze małe co nieco i zaczynamy powrót do domu. Widoki z Szerokiego Wierchu przy tak pięknej pogodzie wspaniałe. Kolory zmieniające się w zależności od oświetlenia, „dojrzała” zieleń, czerwień jarzębin, rude trawy, błękitne kwiatki to wszystko tworzyło niesamowitą scenerię. Myślę, że wszyscy wędrowcy naszej kamandy byli zauroczeni. Kontuzja Bertranda spowodowała, że musieliśmy nieco zwolnić schodząc w dół. Idąc żartowałem, że Zbigniew Pękalski widzi w szczelinach, dziuplach i konarach świątki i kapliczki a mnie one kojarzą się raczej z organami damsko męskimi. Chyba brakuje mi tej wrażliwości artystycznej a może nie umiem patrzeć na rzeczy w sposób twórczy. Gaworząc sobie o wszystkim i o niczym docieramy do UG. Namawiam Bertranda do zejścia nad brzeg Terebowca. Kontuzja Bertranda a i zmęczenie zniechęcają nas do tego pomysłu więc odkładamy jego realizację na inną okazję. Zostaje jeszcze konieczność jazdy do Wołosatego po srebrną strzałę Bertranda. Pędzę więc po moje konie mechaniczne. Bertrand korzysta z okazji i serwuje sobie złocisty nektar, Renatka jednoosobowo została wyznaczona na kierowcę pojazdu. Jedziemy z Renatką do Wołosatego i w dwa samochody wracamy do UG. Żegnamy się z pyrlandzkim towarzystwem i udajemy się na kwatery. Jaka to przewrotność, że będąc setki kilometrów od pyrlandii spotykamy się tu częściej niż u siebie. Ale fajnie, że mamy okazję do wspólnych spotkań i wędrówek. Pozostaje jeszcze zażyć mikroelementy w płynie, zjeść późną obiadokolację, wziąć kąpiel, zgrać zdjęcia i szykować się do snu. Plany na dzień następny są ale co uda się z nich zrobić tego nie wie nikt.
cdn.
1.jpg2.jpg3.jpg4.jpg
5.jpg6.jpg9.jpg8.jpg10.jpg
11.jpg
cdn fotorelacji w następnym poście.


Odpowiedz z cytatem