7.09
Ranek wita nas słońcem i malowniczymi, porannymi mgłami. Poranna kawa i śniadanie. Zaczynamy ładowanie bagaży do błękitnej strzały. Co roku obiecujemy sobie zabierać mniej ciuchów, których i tak później się nie nosi i jak co roku popełniamy ten sam błąd. Bagażnik i część przestrzeni pasażerskiej zostaje zajęta przez torby, plecaki, lodówkę samochodową. Teraz czekamy tylko na panią naczelnik. Chcemy się pożegnać i oddać klucze od pokoju. Czekając na panią naczelnik obmyślam plan naszej podróży. Postanawiam po drodze odwiedzić Bystre i zatrzymać się w Liskowatym. Przyjeżdża pani naczelnik, pożegnanie przeradza się we wspominki. Miło pogadać o miejscach i ludziach tak bliskich sercu. Jedna wiadomość psuje nam humor. Dowiadujemy się, że są plany sprzedaży urzędu pocztowego w UG. Jeżeli plany te zostaną zrealizowane to gdzie my teraz znajdziemy tak fajne miejsce? No ale będziemy się tym martwić za rok. Teraz czas ruszać. Pierwszy przystanek to Bystre. Jadąc na łące widzimy stado saren. Zatrzymuje auto, sarny najpierw spojrzały na nas z zainteresowaniem ale nim zdążyłem sięgnąć po aparat zwierzaki zastrzygły uszami, pokazały nam swoje cztery litery i znikły w pobliskich chaszczach. W Bystrym jedziemy do cerkwi. Cerkiew robi smutne wrażenie. Widać, że ząb czasu odcisnął swoje znamię. W pobliżu pasie się stado owiec. Śmiesznie wygląda jak młody baran zaczepia szefa stada i tryka się z nim łbami. Odwiedzamy pobliską galerię ale niestety nie ma o tej porze roku nic do zaoferowania. Na cmentarzu w pobliżu cerkwi podziwiam piękne nagrobki z żelaznymi efektownymi krzyżami. Teraz koła błękitnej strzały wiodą nas do Liskowatego. I tu spotyka nas ostatnia bieszczadzka przygoda. Podjeżdżamy pod cerkiew droga lekko błotnista nic nie wskazuje, że możemy tu mieć jakieś kłopoty. Pod cerkwią próbuję nawrócić i w tym momencie koła zaczynają się ślizgać auto stoi. Podłożenie dywaników nie na wiele się zdaje. Podkładamy pod koła jakieś zielska gałęzie i co nam wpadnie w ręce ale to też niewiele pomaga. Tak jakby nas przykleiło. Koła się kręcą w miejscu nie łapiąc przyczepności. Próbujemy wypchnąć auto siłami własnych mięśni bezskutecznie. Przyjeżdża młody człowiek na rowerze który też chce zobaczyć cerkiew prosimy go o pomoc ale nawet siła mięśni czterech osób też nie przynosi pożądanego skutku. Auto chyba zakochało się w Bieszczadach i nie chce odjeżdżać. W duchu klnę na siebie, że nie mam w bagażniku jakiejś saperki. W reszcie przychodzi mieszkaniec Liskowatego, wygląda, że widział tu już nie jednego takiego nieszczęśnika. Przynosi łopatę i pomaga nam się wykaraskać z kłopotu. Z chwilą gdy koła łapią przyczepność wyrzucają strumień błota. Błoto to ląduje na mojej lepszej połowie i rowerzyście pomagającemu wypchnąć samochód. Ochlapani wyglądają jak żywa reklama łaciatego mleka. Szczęście, że mamy na podorędziu nasączane chusteczki higieniczne. Udaje się jakoś nieszczęśników doprowadzić do stanu w którym można pokazać się ludziom. W czasie gdy aktu ablucji dokonują nieszczęśnicy ochlapani błotem ja znikam na sesję fotograficzną. Smutny widok pomału umierającej cerkwi, niszczejącej w ciszy, zapomnieniu i samotności. Ponure wrażenie obserwować jak umiera cząstka historii tego regionu. Teraz już tylko zostaje droga do Zamościa. Przebiega ona bez niespodzianek. W Zamościu zostaniemy jeden dzień. A później powrót do pyrlandii. Tak kończy się nasz tygodniowy pobyt w Bieszczadach w roku pańskim 2010.
Koniec
1.jpg2.jpg3.jpg4.jpg5.jpg6.jpg7.jpg10.jpg8.jpg9.jpg