Rano wstajemy z toperzem dosyć wczesnie . Nie wierzymy zbytnio w powodzenie tej akcji, ale postanawiamy sprawdzic czy na przystan nie przyplynela jakas łodka na kinburn lub nie zabłąkala się jakas osoba która cos wie. Ku naszemu zdziwieniu na przystani stoi łódka , wokół zgromadzilo się już stadko ludzi. Pytam brodzacego w wodzie chlopaka kiedy odplywa- „Zaraz”... „Tzn za 10 min czy 30?”-- „jakos tak”-- „a kiedy będzie następna?”-- „nie wiem, może jutro?”

zatem jak oszalali puszczamy się w galop w strone domku aby pobudzic reszte ekipy i zdazyc wrocic..

Gdy po chwili zbiegamy ze schodow na plaze -łodka jeszcze stoi , ale już wszyscy na pokladzie.. Brakuje nam jeszcze z 300m, gdy rozlega się buczek i zrzucaja cumy. Zaczynamy podskakiwac, krzyczec, machac rekami- dawno Oczaków nie mial takiego przedstawienia!! Zwyciestwo!! zauwazyli nas!! trzeba jeszcze pokonac ten odcinek przez wode- a ja glupia dlugie spodnie ubralam... nie pozostaje nic innego jak je sciagnac, zarzucic na szyje i dalej kłusowac wodą.. Spuszczaja nam nawet schodki do wody. Gdy ledwo łapiac oddech mowie: „dzieki, żescie poczekali”, jakas babka komentuje: „jak mieli nie poczekac jak biegla do nich diewuszka bez spodni” Odplywamy... brzeg się oddala...Po chwili prawie caly stateczek schodzi ze smiechu gdy chcac się upewnic pytam: „a ta łódka to na kinburn, prawda?” jakos z wrazenia zapomnielismy wczesniej spytac )



mierzeja okazuje się być dalej niż się wydawalo- plyniemy chyba z 40 min.

Wita nas piaszczysty brzeg zarosły kolczasta roslinnoscia i drobnymi drzewkami.





To sam koniuszek kosy więc w zasiegu wzroku jest zarowno liman jak i otwarte morze.



Gdzieniegdzie widac rozbitych w krzakach biwakowiczow- namioty, ogniska, grile.. Nawet jedno auto zauwazylismy- więc rodzi się pomysl aby za kilka dni dotrzec tu na biwak droga lądowa.

Idziemy sobie dalej w trone koniuszka kosy, po drodze można naprawdę użyc na malzach (omułkach?) jak i na meduzach!







Napotykamy także znaki informujace ze kąpiele na samym krańcu kosy są bardzo niebezpieczne – nie mamy totalnie pojecia dlaczego tak jest, ale pogoda nie sprzyja aby to sprawdzac są tez jakieś inne zakazy. Teren wokól znaku jest ogrodzony płotem zrobionym z zardzewialej piły.



Fragmenty takich pił również stercza czasem z morza (więc to może one poluja na pływajacych?)

na koncu kosy opuszczona barka, gdzie zjadamy sniadanie a potem raczymy się winem








na plazach ogromne stada przeroznego ptactwa



dalej już się nie da na kinburnskiej kosie- czyli tam, gdzie fale bija z obu stron!



Mowili nam ze nad białym czeremoszem beda barakobary i tam bezskutecznie ich szukalismy. A udalo się takowe znalezc właśnie tu, na kinburnie! Z glodu i pragnienia nikt tu nie umrze. Stoi kilka jakby dawnych wagonow kolejowych, gdzie dziala kuchnia i można zakupic dania obiadowe. Oczywiscie milosnicy wszelakich napitkow rozniez nie beda rozczarowani! :)





My trafiamy do baru piwnego- wiaty, gdzie mozemy podziwiac ciekawe i przezorne rozbijanie namiotow. Odleglosc namiot- dystrybutor z piwem ok 1m. Również nie ma problemu ze ktos po większej imprezie nie trafi z knajpy do swego domku :)




Podczas gdy reszta ekipy idzie posiedziec na stateczek, odwiedzamy z toperzem jeszcze jeden barakobar. Zaznajamiamy się z sasza- sprzedawca, który mimo ze piwo się skonczylo, udowadnia nam ze walczac 15 min z dystrybutorem i piana można wyodrebnic jeszcze 2 piwa! Opowiada ze nudno mu tu siedziec samemu, ze woli jak jest troche więcej turystow bo zawsze weselej. Bardzo zacheca abysmy przyjechali tu autem.
Probuję się cos dowiedziec o ewentualnych polaczeniach na tendre ale jest bardzo kiepsko. Sasza ma jednego znajomego, który tam plywa, ale bierze 500 dolarow za kurs. Fakt ze trasa daleka bo z oczakowa tam ,z powrotem i z oplynieciem kawalka mierzei to wychodzi kolo 100km, ale cena tez nie niska.. Nas by wyszlo 300zl na glowe, o ile reszta ekipy mialaby ochote poplynac. Pewnie jakby się tu dluzej posiedzialo, pointegrowalo z rybakami to by się i cos taniej znalazlo.. Problem taki ze wogole rzadko tam plywaja , glowne łowiska nie w tamta strone, „łobazu” i jego pracowanikow już dawno nie ma, trzech ludzi tam sezonowo mieszka + latarnik. Trzeba by mieć szczescie kogoś z nich złowic jak wraca z oczakowa.. ponoc na tendrze są tez dwa nowe domki, wystawione przez „nowych ruskich” ale oni lataja tam helikopterem i tylko w sierpniu odwiedzaja swoje włości. Zatem tym razem rezygnujemy z tendry- może kiedys....Sasza poddaje tez ciekawa propozycje- aby sprobowac kiedys uderzyc na tendre od strony gdzie łączy się z lądem czy w rejonach żelaznego portu.. z mapy wynika ze połwysep jest przerwany i jest praktycznie wyspa- ale sasza się zarzeka ze widzial na tendrze ciezarowke- więc raczej helikopterem jej nie przywiezli

do imprezy przysiada się również kapitan naszego stateczku, turystka z moskwy która przyjezdza tu kazdego roku oraz swieta z chlopakiem. Swieta wyroznia się duzym dekoltem, który do zdjecia jeszcze sobie powieksza





Kolejnego dnia przymierzamy się do odwiedzenia tej samej mierzei ale droga lądowa. Po drodze przejezdzamy przez Mikołajew coby zrobic zakupy- nie wiem ile nam zejdzie na kosie i czy tam beda sklepy, troche zarcia, wina a jarek postanawia zakupic lokalna karte do telefonu aby mieć internet. Pani w budce poleca mu siec „life:)” bo ponoc ma najtansze polaczenia. Sprawa wydaje się pozornie bardzo prosta: kupuje się karte, cos tam zdrapuje, wpisuje jakiś kod w telefon i jeszcze pani musi gdzies zadzwonic i odblokowac i już można szalec po necie o kazdej godzinie dnia i nocy.
Ale to nie jest koniec tej historii... ta historia trwa dalej... bo internetu jak nie było tak nie ma... Babka z budki uzbraja się w najmadrzejsza ze swoich min pt:”jestem profesjonalna i na wszystkim się znam” i zaczyna zapamietale dziubac w klawiaturke jarkowego aparatu i wykonywac tajemnicze telefony. Nadal bez efektu. Okazuje się ze trzeba w telefon wpisywac jakieś kombinacje literowo-cyfrowe pod nazwy uzytkownika, jakieś hasla, kody dostepu , które przychodza skads semesami. Poczatkowo staramy się pomoc jarkowi w miare naszych mozliwosci: ja probujac wydobyc z pani co gdzie wpisac, a marcin i toperz rozwazajac rozne funkcje budowy systemow komorkowych. Mija godzina, poltorej...



Naprawdę można podziwiac upór i zawzietosc, zarowno babki z okienka , jak i jarka. Ja bym po 15min rzucila tym w kąt by zajac się czymś milszym i ciekawszym. A oni walcza dalej...rozwazajac kolejne kombinacje.. plyna kolejne minuty slonecznego popoludnia na uroczym skrzyzowaniu w centrum mikołajewa. W koncu wszyscy maja już dość.. Babka po ponad dwoch godzinach w koncu się poddaje – odsylajac nas do jakiegos serwisu oddalonego stad o dwa przystanki jazdy autobusem. Na szczescie wyjazdowi do serwisu prawie wszyscy stawiaja zdecydowane veto, więc pojawia się przed nami niepowtarzalna szansa na opuszczenie w koncu tego miasta.

Po tych dlugich i zmudnych zmaganiach z udogodnieniami wspolczesnej cywilizacji, wjazd na kinburnska kose, w deszczu bo w deszczu, ale jawi się rajem!