kolejnym przystankiem jest miejscowosc czkałowe- znajdujemy tu urocza knajpke, o nazwie cos jak „przydrozna” czy „drogowa”. W srodku klimaty baru mlecznego, mozaika na scianie z wyobrazonymi na niej kozakami, stare toaletki z lustrami oraz specyficzna umywalka. Reszcie ekipy jakos knajpka nie przypada do gustu, więc ida szukac szczescia dalej. Czkałowe jest jednak malutkie więc po chwili wracaja.







Zjadamy tu barszcz i płow- na kazdej porcji na samym szczycie leza triumfalnie ulozone 3 kawalki miesa

Napotykamy także w miasteczku pomnik gieroja sowieckiego sojuza. Czkałow był lotnikiem, udalo mu się bez przystankow przeleciec w latach trzydziestych trase moskwa- pietropawlowsk kamczacki oraz moskwa – USA. Zmarl mlodo, jeszcze przed wojna, nic nie napisali jak, więc mamy przypuszczenia ze ktorys z kolejnych jego brawurowych lotow był mniej udany...




Czkałow ma w miare niebrzydka i sympatyczna twarz co nieczesto zdarza się bohaterom z tutejszych pomnikow. Większość jest niezmiernie do siebie podobna- wyglada jak ciosane siekiera klony, o pyskach takich ze powinni je we wiadrze trzymac... jakos tak przypomina się pewien dowcip ))
„-wiesz ze wZSRR wynaleziono uniwersalna maszynke do golenia? Wklada się twarz, naciska guzik a tam specjalne zestawy ostrzy myk myk ladnie cie ogola.
-ale jak to? Przeciez kazdy ma inne rysy twarzy?
-tak, ale tylko do pierwszego golenia”

w dalszej drodze ktos rzuca stwierdzenie ze dawno nie sluchalismy zadnych wiadomosci ze swiata- kto wie co się wydarzylo a my zyjemy w nieswiadomosci. Niektorym nawet owa chmurka przypomina grzybek atomowy



mimo ze do krymu coraz blizej warunki pogodowe nie zapowiadaja naglej fali upałow, palącego słonca i sprzyjajacych warunkow do morskich kąpieli...



na obrzezach geniczeska wjezdzamy napoic auto- kierowcy się ciesza ze wreszcie „cywilizowana stacja”- shell. Jednak tranzakcja nie dochodzi do skutku- pracownicy nas informuja „teraz zamkniete bo będzie zmiana obslugi. Otwieramy za okolo pol godziny”

W geniczesku znajdujemy nocleg za 20 UAH, naprawdę jestesmy w szoku ze za taka cene można gdzies przenocowac! Nocleg jest w budynku kolo prywatnego domu obrosnietego przepieknie winorosla, do pokoi wchodzi się z balkonu, również oplecionego pnączami.





Wynajmujaca kwatere babka przestrzega nas by nie pic wody z kranu- oni wprawdzie pija, ale turystom zwykle szkodzi zbyt duza zawartosc siarkowodoru. Zawartosc faktycznie musi być spora- wyprane koszulki zapodaja zgnilym jajem do kolejnego prania!

Wieczorem wybieramy się zwiedzac miasto i szukac plazy. Biorac pod uwage ciemnosci które już spowily swiat, można jedynie stwierdzic ze miasto bardzo przypomina zwiedzany wczesniej oczakow- ciemno jak w d.., a po trzecim zakrecie już kompletnie nie wiemy gdzie jestesmy (znowu marcin ratuje nas GPSem). Szukanie morza idzie nam dosyć koślawo, kazdy z nielicznych przechodniow kieruje nas w inna strone, a ułowienia niektorych nie należy do najprostszych zadan. Jedna dziewczyna na widok 5 cieni idacych tyraliera przechodzi na druga strone ulicy, a gdy ja również to robie, znacznie przyspiesza kroku. Na pytanie gdzie plaza, wskazuje jakiś kierunek i pospiesznie znika w ciemnosciach

w koncu znajdujemy cos co w swietle latarki przypomina wode wieksza niż mijane wczesniej kałuze, jednak na miejska plaze to nie wyglada- koleiniasta droga idaca nabrzezem, troche smieci, wodorostow, kamieni , kotów i wedkarzy. Swiecac latarka napotykamy na cztery pary kocich oczu- z czego jedne są w wodzie! Po blizszym przypatrzeniu stwierdzamy ze to nie kot- wyglada jak na wpol zdechla foka! Wszedzie totalna ciemnosc, latarka zaczyna migac sugerujac ze swiecenie może niedlugo się zakonczyc, plaza jest co najmniej dziwna, rozne mysli do glowy przychodza o potworach wylaniajacych się z odmętow A dziwny obiekt nadal nam się przyglada i jakby się nawet troche poruszal.. przelamujac rozne wewnetrzne bariery podchodzimy do brzegu... po blizszych ogledzinach „foka” okazuje się być butelka z owinietym wokół ogromnym klebem wodorostow

stwierdzamy ze dalsze zwiedzanie miasta o tej porze nie przyniesie oczekiwanych efektow więc wracamy na kwatere gdzie pozeramy ogromnego arbuza.

Rano spozniam się na wspolne sniadanie bo gadam z gospodynia. Pochodzi z polnocnego uralu i zawsze marzyla aby zamieszkac gdzies gdzie jest cieplej i jasniej a krym to jej się udal w szczegolnosci. Jak widac marzenia się czasem spelniaja- spotkala faceta z chersona i już od dwudziestu paru lat cieszy się poludniowym sloncem. Dalej rozmowa schodzi na tematy polityczne- ze teraz na ukrainie zle się dzieje, ze kiedys za sojuza było lepiej, ze w geniczesku dzialalo kilka zakladow przemyslowych, mlodzi mieli prace a nie wloczyli się bez celu po miescie, ze w dzieciach rozwijano rozne zainteresowania, w ich miescie dzialal dom kultury, hala sportowa, organizowano wycieczki, ze był szacunek do przeszlosci , ludzi starszych i zasluzonych. A teraz to mlodzi zadnych idealow nie maja i tylko kasa się dla nich liczy. I ze politycy chca podniesc wiek emerytalny,a ona na nich glosowala a teraz zaluje.. bo teraz to maja fajnie- ida na emeryture 5 lat wczesniej niż w polsce! Gospodyni interesuje się bardzo jak tam u nas w polsce- zwłaszcza czy to prawda ze wszyscy polacy tak plakali za zmarlym prezydentem, czy wszyscy są tacy pobozni jak pokazuja w telewizji i czy nam dobrze w UE.. no więc jej opowiadam..

na sniadanie saira- rybka z puszki, chyba najsmaczniejsza jaka jadlam! Ale nie kazda- marcin ma pelna racje- musi pisac ze rybka jest z wladywostoku albo z kamczatki- jedlismy potem sairy z charkowa i kijowa i już smakowaly jak zwykla makrela...

przedpoludnie spedzamy w dosyć nietypowy sposob. Przyczyna tego jest fakt, ze ponoc robia teraz w nowych autach bardzo dupiane lakiery, takie na bazie wody, które bardzo się rysuja, nie tylko od galezi czy krzewow ale nawet od ostow i kolczastych traw. Nawet auta majace sluzyc za terenowe tzn majace wyzsze zawieszenie, reduktory i cale stada dodatkowych drążkow do zmiany biegow, maluje się takimi lakierami. Z tego właśnie powodu wlasciciel auta odmawia wjechania na bezdroza bez umycia i nawoskowania auta, gdyż to ma być ochrona- bo będzie się rysowal wosk a nie lakier.
Najpierw odwiedzamy myjnie. Rzuca się w oczy ciekawa reklama ze „znizki w czasie deszczu”- sprytne! w geniczesku nie często pada



Musimy chwile poczekac przed myjnia bo jakiś „nowy ruski” wszczyna awanture- jego auto już się swieci jak psu jajca a on nadal ma pretensje ze jest niedomyte. Więc chlopaki z myjni się uwijaja polerujac zderzaki i felgi , a facet na nich pokrzykuje polerujac w miedzyczasie sloneczne okulary.
Madrze zrobili ci od myjni- zaraz obok jest bar z piwem :)

następnie ruszamy na parking kolo stacji kolejowej celem nawoskowania pojazdu.
Jakby mi ktos jeszcze tydzien temu powiedzial, ze na wyjezdzie na ukraine będę woskowac i polerowac auto to bym mu powiedziala aby zmienil dilera albo mniej przebywal na sloncu..a tu myk! i proszę... życie bywa jednak takie nieprzewidywalne.. ale kolektyw to kolektyw- razem jezdzimy to i razem woskujemy...wiec macham sobie dzielnie szmatka ale przed oczami caly czas wyswietla mi się cytat z ksiazki hugo-badera (gdy proponowali mu nowe lsniace auto na syberyjska podroz) „oczyma wyobrazni widze jak podjezdzam nim do zruinowanego kołchozu „mieczta ilicza” i rozmawiam z chlopakami o zyciu”....





a nieopodal rozlewiska siwaszu