Obóz rozbijamy po azowskiej stronie. Stawiamy namioty.





Na początku nas troche razi ze na plazy co kawalek leza skupiska plastikowaych butelek powiazanych sznurkiem- chyba uzywane jako plywaki do sieci. Jednak czas zmienia podejscie do tego widoku- te butelki okazuja się wybawieniem przy stawianiu namiotu. Przynajmniej dwie napelnione woda są konieczne do utrzymania jednego sledzia w piachu aby nie wyrwal go wiatr.



Wieczorem upragnione ognisko. Zdawalo się ze mielismy dużo drewna ale jednak dość szybko się konczy. Zbieranie chrustu na mierzei uzyskuje dość „specyficzny” charakter- chlopaki przynosza wyschniete krowie placki (o dziwo nie pachnace ryba ) które rewelacyjnie podtrzymuja ogien. Dym z ogniska przybiera nieznany mi wczesniej zapach- ani to kupa ani to dym, jakas zupelnie nowa jakosc!!!





spozywamy naszego podluznego arbuza- kupilismy specjalnie takiego, myslac ze to może jakas inna odmiana więc i smak będzie oryginalny, jednak arbuz rozni się tylko ksztaltem- co nie zmienia faktu ze jest bardzo pyszny.





I to wszystko pod tym rozgwiezdzonym niebem! Jeszcze nigdzie nie widzialam tylu gwiazd, normalnie ma się wrazenie jakby im było na niebie za ciasno, musialy się rozpychac i dlatego od czasu do czasu ktoras nie miala innego wyjscia jak spaść....

niestety chłód szybko gasi plany nocnych kąpieli...

poranek wita nas sloneczny- dopiero teraz można w pelni podziwiac w jak pieknym miejscu przyszlo nam spac!



Dzien zaczynamy od kapieli w azowskich falach.





naprawdę bardzo ciezko rozstac się z tym miejscem..

Na biwaku nie byliśmy sami – towarzyszyl nam jednorożec



Dalsza droga to znana nam już tarka, step, raz morze raz siwasz, czasem samotne gospodarstwo na koncu swiata. Od striełkowoje były 3- to z rybnym mlekiem oraz te dwa:






Niestety większość ekipy jest zdecydowanie bardziej amatorami klimatyzacji niż otwartych na osciez okien więc nie mam wyjscia i wyprowadzam się w 2/3 na sloneczny swiat, gdzie pysk mi smaga stepowy pylisty wiatr zamiast lodowatego powiewu z pudelka ze sztucznym zapaszkiem..



im blizej solianoje tym więcej na brzegu biwakujacych, pojawiaja się motory, skutery jak również dzielne łady i zaporozce ochoczo zmagajace się z tarkowata nawierzchnia.

Mijamy solianoje kierujac się w strone twierdzy arabat. Dużo z niej nie zostalo, ale piekne widoki i ogromne ilosci pachnacych ziol rekompensuja mala ilosc kamiennych scian.







Nad siwaszem lataja paralotnie i spadochroniki a w oddali majacza szpiczate sylwetki krymskich gor.. może to karadag w który chcemy się niebawem wybrac?