Suniemy sobie z plecakami przez pczelinoje w strone meteostacji- już prawie wychodzimy z wioski , jak slyszymy ze jakas babka krzyczy „riebiata!!!” i biegnie za nami. Jak się okazuje wraz z mężem prowadza tu schronisko i koniecznie chce nam je pokazac. Polowanie na turyste okazalo się skuteczne- miejsce nam się na tyle podoba ze decydujemy się zostac.



Babka przynosi nam mleko, które sączymy na werandzie zaprzyjazniajac się z malutka sówka- która dzieci przyniosly ze zlamanym skrzydlem i pomieszkuje sobie teraz przy domu.



Po jakims czasie wraca gospodarz schroniska- wołodia, który jak się okazuje jest lokalnym przewodnikiem który organizuje wycieczki po karabi jajle. Fakt- tą naziemna można sobie zwiedzac spokojnie samemu- lecz prawdziwa karabi jajła znajduje się przede wszystkim pod ziemia- jest tu ponad 300 jaskin, glownie o rozwinieciu pionowym, więc samodzielne zwiedzanie bez sprzetu może być dosyć utrudnione. A tu w schronisku wołodia ma liny, uprzeze, drabinki, które udostepnia turystom.
Co ciekawe wiele jaskin jest nadal nie odkrytych- caly masyw ma strukture jakby pumeksu- tylko do wielu korytarzy nie ma dostepnych wejsc, lub są zbyt niewymiarowe by ulatwiac eksploracje ludziom (albo to ludzie są niewymiarowi? ) Co roku przyjezdzaja tu mlodziezowe obozy speleologiczne które odkopuja sobie „swoje” jaskinie szukajac lokalizacji niedostepnych podziemnych korytarzy za pomoca jakiś „echosond”.

Wołodia pokazuje nam album ze zdjeciami z okolicznych jaskin i szczytow, kilka artykulow o karabi z roznych rosyjskich gazet i proponuje ze jakbysmy chcieli to mozemy się jutro gdzies razem wybrac. Jakie jutro??? toz dzisiaj tez jest dzien!!!

jako ze jest już sporo po poludniu mamy ograniczony wybor jaskin i tras- musi być blisko. Wołodia proponuje nam wąwoz i jaskinie szan-kaja, zwana również „kamienny dom szamana”

połozona jest w wąskim, skalistym wąwozie calkowicie zarosnietym starymi bluszczami o grubych i pokreconych konarach.







Aby do niej dotrzec trzeba pokonac kawalek drogi po skale. Aby nam ulatwic zadanie wołodia rozwiesza drabinke i dodatkowo asekuruje nas lina.. można się poczuc jak ostatnia ciamajda jak się wisi na drabince probujac wsadzac nogi we wlasciwe szczebelki, łapy się rozjezdzaja na sliskiej skale a wolodia smiga po tej samej skale jak mucha – jednoczesnie zwijajac za nami line... jakby podlegal jakims innych prawom ciazenia







odwiedzona przez nas jaskinia za czasow poganskich gdy zyli tu taurowie (chyba o nich chodzi- wolodia nazywa ich „tawry”) sluzyla za swiatynie. Owe plemiona czcily byka- więc jest kamienna jakby rzezba przypominajaca to zwierze. Kiedys były tez bycze łby z rogami czy fragmenty kosci- jednak wielu turystom za bardzo się podobaly. Zostaly jakieś marne resztki malych kosci- na które wolodia pilnie baczy czy nie chowamy ich do kieszeni





Ponoc obecnie poganska religia zyskuje w rosji wielu zwolennikow i nowych wyznawcow, sporo ich przyjezdza tu do tej jaskini, pala swieczki, odprawiaja jakieś swoje tajemnicze nabozenstwa.

Wołodia twierdzi ze nie wyznaje zadnej religii- twierdzi ze madry i zaradny czlowiek „sam jest sobie bogiem” i powinien sam umiec na siebie i rodzine zarobic, zadbac, zyc w zgodzie z przyroda, umiec się leczyc ziolami i tak postepowac aby nie czynic krzywdy innym. Uwaza ze rozne religie to „pojscie na łatwizne” bo ciagle oczekuje się wsparcia i pomocy od istot nadprzyrodzonych zamiast samemu stawiac czoła problemom. Acz mam nieodparte wrazenie ze właśnie o poganach wypowiada się z najwiekszym szacunkiem i sympatia.

Z bram jaskini roztacza się przepiekny widok na polnocna karabi



już wracajac zagladamy również do jaskini kara-murza, zwanej tez „biezdonny kołodiec”- jednej z glebszych w tych gorach, majacej cos ponad 100m glebokosci. Za poganskich czasow wrzucano tu zmarlych-twierdzac ze oddaje się ich matce-ziemii, gdyż jaskinia ma takie dno ze nie slychac ze cos na nie spada, co poteguje wrazenie „bezdennosci”



odwiedzamy także poganskie kurhany-usypiska kamieni , zawsze z ładnym widokiem, zarowno te nalezace do moznowładcow jak i zwyklych ludzi. Większość z nich jest już tysiace lat temu rozgrabiona i rozkopana na dziesiata strone, ale ponoc nadal są ochoczo penetrowane z wykrywaczem metalu przez poszukiwaczy skarbow. Legendy glosza ze w najwiekszych ilosc zlota mogla dochodzic do 2 ton.









Wołodia należy do ludzi bardzo rozmownych i ma dużo ciekawych rzeczy do opowiedzenia.

Mamy wyklad z ziololecznictwa, chcialoby się to wszystko zapamietac i moc wprowadzic w życie... tylko ze spora ilosc pokazywanych roslin to endemity, typowe tylko dla tego pasma, a przynajmniej dla krymu...miejscowi praktycznie nie korzystaja z aptek tylko lecza się roslinami zebranymi na stepie. Wolodia jest wielkim przeciwnikiem wszelakiej chemii- zarowno w tabletkach jak i w pozywieniu. Zbieramy „limoncziki” roslinki o smaku cytryny stosowane do herbaty, ponoc pelne witamin, czubrice oraz debowe gałazki do bani- która planujemy wieczorem odwiedzic :)

w ogóle dąb był swietym drzewem pogan- chrzescijanie go karczowali, palili chcac wraz z nim wyplenic dawna religie- ale deby odrastaly- tu na karabi większość jest w postaci rosochatych krzewow. Wolodia również otacza deby wielka czcia- uwazajac je za drzewo bardzo przydatne czlowiekowi- ponoc z zoledzi robi się tu i kawe i mąke – z ktorej placki nie maja sobie rownych.

Rozmowy wkraczaja również na tematy polityczno-gospodarcze. Wołodia z rozrzewnieniem wspomina czasy sojuza, gdy w pczelinoje był kolchoz, pasly się stada krow, koz i przede wszystkim koni- wyrabiano tu kumys, były dwa sklepy, szkola, kazdy mial prace.. teraz wies prawie opustoszala, a tereny prawie do biełogorska kupił jakiś burżuj, z pochodzenia ruski, mieszkajacy w londynie i o nazwisku jakby polskiego magnata...na szczescie nie postawil jeszcze wszedzie tabliczek „teren prywatny-wstep wzbroniony” jak to bywa u nas, ale znacznie utrudnia życie mieszkancom- nie pozwala hodowac zbyt duzych stad koni i bydla, robic sianokosow, czy wyrabiac kumysu. Kumys wyrabia tylko jego fabryczka w zielonogorsku, ale do kumysu dolewaja krowiego mleka i jakiejs chemii i ponoc wogole nie przypomina w smaku tego trunku z kołchozu w pczelinoje za radzieckich czasow. A miejscowy magnat tylko czasem przyjezdza tu na polowania, albo przysyla swoich ludzi aby pilnowali porzadku i kapowali czy nikt nie łamie zasad...

opowiada także o swojej dawnej pracy w fabryce okretow w teodozji, wtedy ich statki oplywaly i podbijaly swiat, teraz już nie istnieje a ukraina nie produkuje zadnych swoich statkow. Właśnie z tej fabryki ma unikatowe drabinki do jaskin, do 50m szczebelkow na aluminiowych sznurach- na nich kiedys malowali statki. Można takie kupic w sklepach ze sprzetem wspinaczkowym ale są ciezsze, krotsze i piekielnie drogie..

dowiadujemy się tez ciekawych szczegolow o turystach goszczacych w schronisku w pczelinoje. O bogatych „nowych ruskich” co maja czas tylko na prace i kiedys przyslali tu swoje dzieci aby troche oderwaly się od stołecznego swiata murów, bram, zasieków, szyfrów i ochroniarzy. Czy o pewnym siebie cwaniaczku który chcial na szybko zobaczyc najwieksza i najtrudniejsza jaskinie i uwazal ze zabranie go tam będzie tylko kwestia kasy.. a jak wszedl do takiej o sredniej skali trudnosci to mial pelne gacie ze strachu ze nawet nie wyszedl zbyt dobrze na zdjeciu ktorym chcial się potem chwalic w miescie

wołodia nie popiera „miejskiego” wychowania dzieci- tu w pczelinoje 10 letni chlopak to już jest meżczyzna, i wzrostem i postawa i psychika- traktor umie prowadzic, swinie zabic, pole zaorac i zasiac, dach naprawic.. a większość miastowych to jeszcze „prawie w pieluche robi”

przestrzega nas również przed tatarami którzy ponoc tlumnie wracaja na krym, a ukrainskie wladze im to ulatwiaj np. dajac za darmo mieszkania, zasiłki. Ponoc ci co wracaja to grupa negatywnie wyselekcjonowana- cwaniaczkow, przestepcow czy ludzi którzy nie odnalezli się gdzie indziej , nie maja nic do stracenia i ze trzeba na nic uwazac bo sam nacial się kilka razy.. Nie mam pojecia ile w tym prawdy a ile propagandy i zakorzenionych przez lata uprzedzen...

już blisko wsi zbieramy owoce- ostrezyny, sliwki czarne , gruszki i moje ulubione mirabelki. Mało owocow lezy na ziemi, ponoc trzeba przychodzic na zbiory wczesnym rankiem, bo potem przychodza swinki z calej wsi i wszystko pozeraja, uwielbiaja owoce i zdrowe odzywianie :) czego swinie nie zjadly albo pozniej opadlo my zbieramy i zjadamy ze smakiem :) czlowiek nie swinia, wszystko zje... :)