w tutejszych gorach rosna jakieś dziwaczne rosliny z małymi wsciekle ostrymi rzepami czepiajacymi się skarpetek.. można oskubac skarpetke a za 5min to samo...



wieczorem idziemy do bani. Podczas gdy toperz już się caly rozplywa – mi jest cieplo i przyjemnie- wreszcie temperatura do zycia troche brakuje zimnego jeziora gdzies nieopodal- trzeba się schladzac polewajac woda z kubeczka... ale ponoc za rok będzie już skonstruowany basenik :)





potem przekonujemy się jak wielki bład zesmy popelnili zamawiajac dwudaniowy obiad.. najpierw wjezdzaja na stol lepioszki ze smietana i sliwkowym powidlem- są tak pyszne i w takich ilosciach ze na tym etapie można by zakonczyc obiad.. nic bardziej blednego... potem zupa- rownie pyszna z miesem, warzywami, taka zawiesista, ze lyzka stoi i ze smietana.. z tym dajemy jeszcze rade...



ale potem podaja mieso z makaronem.. i jeszcze gospodyni dogladaja czy wszystko zjedlismy, czy nam smakowalo i czy przypadkiem (ratunku!!!) nie chcemy dokladki! Po kryjomu chowamy kotlety do kieszeni i potem skarmiamy nimi zwierzyne i dlugo lezymy plackiem nie mogac się poruszyc... chyba po raz pierwszy w zyciu jestesmy stanie zrozumiec powiedzenie ze „na pierwszym kotlecie się siedzi a ostatni ma w zebach”

Rano wstajemy wczesnie bo daleka przed nami droga. Ruszamy w czworke- bo caly dzien będzie nam towarzyszyc striełka- wedrowny psiak z pczelinoje.



Dzisiejszym celem jest jaskinia bolszoj buzłuk, zwana tez sniezna korolewa. Jaskinia jest nietypowa- nawet w upalne krymskie lato utrzymuja się w srodku lodowe sople i nawisy. Co dziwne nie jest wcale taka gleboka i jest zupelnie jasna- nie potrzeba uzywac latarek. Wpadaja do niej promienie slonca a 10m dalej czai się lód...

krymskie jajły to zdecydowanie rodzaj gor dla mnie- jakieś 20min musimy się wspiac pod gore, a potem już rozciaga się malowniczy plaskowyz i można isc isc i isc podziwiajac widoki i nie meczyc wypluwajac płuca pod gore.











Mijamy ciekawy szczyt dinozawr



i inny, bezimienny ale z czacha bawoła na szczycie