potem wlazimy do naszej jaskini- tu chyba opis jest zbedny- bo zdjecia mowia same za siebie :)
wspomne tylko ze z początku mamy troche pełne gacie jak widzimy ziejący wielki otwor w głab ziemi a wołodia radosnie zaczyna rozwijac drabinke







z bliska i po dokladnym przyjrzeniu się jaskinia przestaje przypominac wulkaniczny krater bez dna, są również mniej strome zbocza a wejscie wydaje się nawet calkiem realne.








Przebywajac w tym miejscu, patrzac na lód, nacieki, chłodny oddech scian, mgłe kłebiaca się przy wejsciu- jakby duchy tego miejsca, sluchajac spadajacych kropli ale przede wszystkim ciszy...dzwoniacej w uszach ciszy... caly czas mam w oczach nasza jaskinie niedzwiedza, raj czy niektore jurajskie, pelna barierek, elektrycznosci, schodkow, uchwytow, krat, kłodek, zakazow i wrzasku... jak ludzie tak mogą spaprac piekne rzeczy wokół i jeszcze się tym cieszyc? A mgly i skalne stwory patrza się na mnie zdziwione- jakby zupelnie nieswiadome ze nie caly swiat wyglada tak jak karabi...