Na drodze do biełogorska zaczepia nas taksowkarz czy nas nie podwiezc. Odmawiamy tlumaczac ze my chcemy marszrutką ., więc odjezdza...Jak się potem okazuje zatrzymuje marszrutke na nastepnym przystanku zeby na nas poczekala...
trasa autobusiku wiedzie wyboistymi drogami przez wszystkie okoliczne wioski. Co można zauwazyc- samochodowy klakson dobrze odstrasza swinie, krowy maja go w d..
w Biełogorsku siąpi i zimno... a więc zdechł nasz pomysl noclegu na białej skale i porannych widokow na karabi jajłe... szukamy jakiegos hoteliku... ponoc takowego w miescie nie ma,więc sytuacja zaczyna wygladac nieciekawie zwłaszcza ze deszcz wcale nie przestaje padac... kilka osob zaczyna cos jednak wspominac o nowym wspanialym budynku w ich miescie gdzie planowany jest hotel ale nie wiadomo czy już go otwarli. Ow budynek okazuje się być centrum handlowo-rozrywkowym: na parterze samoobslugowy market, na pietrze hotel, nocny klub, salon pieknosci, sala bankietowa itp.
Na pierwszy rzut oka wyglada niezbyt zachecajaco.... ale jako ze nawet włodzimierz ilicz poleca ten przybytek więc nie mamy wyboru
jestesmy jednymi z pierwszych gosci- hotelik dziala od tygodnia. Wszystko cuchnie swieza farba, nowoscia i remontem, dlugie korytarze zdaja się być jeszcze w budowie.
Na recepcji zaczyna mi się bardziej podobac- wogole zebym weszla to babki muszą odsunac worek z cementem i wykopac krzeslo spod stosu karniszy, drabin i listewek. No i obsluga jest przemila- 3 usmiechniete od ucha do ucha babeczki, opowiadajace o atrakcjach okolicy: bialej skale, zbiorniku, przeleczy za aleksiejewka.. Nikt z nich tam nie byl- ale wiedza ze tam jest pieknie.
Troche wpadaja w panike jak wnosimy do nowiutkiego pokoiku nasze ociekajace blotem plecaki, oraz buty utaplane w mieszaninie gliny i odchodow wszelakiego przydomowego inwentarza, sugeruja aby zostawic caly majdac w przedpokoju- „bo tu kafelki..”
my tymczasem idziemy pozwiedzac okolice. Pierwszym okresleniem jakie się nasuwa jest „zapyziałe miasteczko” czy takie jakie lubie najbardziej :)
Rzuca się w oczy ze 90% jezdzacych tu samochodow to stare lady, moskwicze, zaporozce.. glownie łady.. innych aut prawie się nie widzi.
Dużo tu tez pomnikow i wogole pozostalosci czasow minionych..
Odwiedzamy knajpke gdzie zbiera się przy piwie i koniaczku chyba pol miasta. Degustujemy piwo krym i sarmat. „Krym” jest pyszne, a to drugie obrzydliwe...
wieczorem odkrywamy ze nasze wspaniale sliwki od wołodii zmienily się w plecaku w mus sliwkowy i rozwazamy zrobienie kompotu. (wielkie podziekowania dla mi, za przepis na kompot z imbirem i gozdzikami- mniam!). Jako ze nie wiemy czy w pokoju nie ma czujnikow dymu- kompot powstaje na balkonie.
Nie wiem czy z racji suszacego się prania, roznoszacego się wokół zapachu kompotu czy był jakiś inny ukryty powod- ale nasz balkon budzi ogromne zainteresowanie wszystkich przechodniow, nie ma takiego co by glowa mu się nie skrecila, a jeden ciekawski rowerzysta prawie nie wjezdza w drzewo i zalicza bliskie spotkanie z chodnikowymi plytami...













Odpowiedz z cytatem