Miejscowosc malo przypomina wioske czy miasteczko- raczej osiedle bezladnie rozrzuconych pensjonatow i baz oddycha skutecznie blokujacych swobodny dostęp do morza. Wciąż obrastajacy w kolejne nowobudujace się obiekty „lux” snobujace się jedne przed drugimi na wieksza ilosc kolumn, lwow na cokołach czy pozlacanych amorkow i tym podobnych roznorodnych wyznacznikow komfortu.
Gdy już troche zdegustowani przemierzamy miasteczko a plecaki zaczynaja nas wbijac w asfalt- rzuca nam się w oczy baza oddycha „weteran”. Tworza ja male drewniane domki kempingowe, po czesci stare wagony kolejowe przerobione na ten cel, murowane domki kryte eternitem.
Pomiedzy nimi przechadzaja się gruboogoniaste dobrze odkarmione koty. Mily dziadek ze strozowki zaprasza toperza do siebie a mnie w tym czasie oprowadza po bazie Tania- dziewczyna z bialorusi, która swietnie mowi po polsku, jako ze 5 lat mieszkala w warszawie.
W bazie większość stanowia starsi ludzie, którzy w duzej czesci przyjezdzaja tu za darmo lub za symboliczne kwoty. Milo popatrzec na parę 80 latkow, którzy z materacykiem suna za raczke na plaze, czy babuszki, które mimo ze z laseczka , to i tak ciesza się dreptaniem po morskim wybrzerzu i falach. Kwitna kontakty towarzyskie na przydomowych ławeczkach, we wspolnej kuchni bulgocza garnki z zupa mleczna, na sznurkach powiewa pranie a w korytku z kranami babcie szoruja pobgryzane zastawy stolowe w kolorowe kwiatki. Jest tez „sala telewizyjna” - namiot z szafa z telewizorem na klodke i rzedem kinowych krzesel- gdzie wieczorami puszczaja jakiś odpowiednik naszej telewizji „trwam” gdzie brodaty pop przemawia donosnym glosem lub tez dla odmiany pojawiaja się romantyczne seriale z bohaterami o sniadych twarzach..
Na srodku placu stoi stara łada żiguli, na siadnietych oponach, przykryta czesciowo folia- tak jakby ona tu tez odpoczywala na zasluzonej emeryturze...
a nasz domek jest najladniejszy! Caly pomalowany w kwiatki!
Na ziemi kolo innego domku napis „dziekujemy za wypoczynek”- caly wylozony z kapsli od piwa! To musialy być udane wakacje!!! :)
Tania stara nam się we wszystkim pomagac i dogadzac- jak jemy od razu proponuje talerze, przynosi nam czajnik , a po chwili z duma niesie nam nawet czajnik bezprzewodowy, taki o krotkim kablu... tak.... troche za krotki kabel, ale udaje mi się go wsadzic w kontakt...z wyjeciem jest już gorzej, więc szamocac się z kablem oblewam sobie łape wrzatkiem.. gdy stoje przy kranach z łapa wsadzona pod zimna wode wzbudzam ogromne zainteresowanie jednej z babuszek, która obserwuje ten niecodzienny „zabieg higieniczny”. Pyta czemu nie myje drugiej reki, więc je mowie ze druga już umyta- jakos glupio mi się przyznac ze taka ze mnie ciamajda ze oblałam się woda z czajnika bo nie umialam go wyciagnac z kontaktu.. Babcia nie daje za wygrana i podtrzymuje temat- ze ona tez nie lubi publicznych prysznicow bo się ich brzydzi. Ale ma inna metode- bierze dwa przescieradla, moczy we wiadrze, owija się jednym, potem namydla, owija drugim i już jest czysta, w izbie sucho, potem tylko myk! przescieradla do pralki! Potem się rozkreca i chyba opowiada mi cale swoje życie ,ale nawija jak katarynka więc większości nie rozumiem...
wogole w tej bazie panuje taki niesamowity, niespotykany gdzie indziej spokoj.. czas plynie jakos zupelnie inaczej i jakby przestawal mieć znaczenie.. wszystko jakby się dzialo na zwolnionych obrotach,bez pospiechu i z zaduma. Posilki się spozywa z namaszczeniem i delektujac się kazdym kęsem, zawsze jest czas by pogadac z sasiadka, czy wziac na rece kota. Wogole koty maja się tu jak w raju- są karmione, pojone, noszone na rekach, drapane za uchem- to i wyrozniaja się piekna sierscia i mrucza radosnie! Ech... gdybysmy wiedzieli ze jest takie miejsce... zaraz bysmy przywiezli tu to biedne kocię spod bialej skaly... ale skad było wiedziec :(
tego dnia odwiedzamy z toperzem stolowke w centrum nikolajewki- pyszne zarcie, wesole babki w fartuszkach, wystroj i klimat jak z wczasow zapamietanych z glebokiego dziecinstwa- wielkie kotly, metalowe okapy, lepy na muchy, czerwony kompot i ziemniaczki „pire” jak z miksera, takie „ciap”. Zarcie takie dobre ze wychodzac nie mozemy się ruszac.. zwłaszcza nam przypada do gustu soljanka i regionalne surowki- jedna jakby z glona a druga z czegoś co wyglada na rzodkiewke ale smakuje krancowo inaczej.
Na stolowce jestesmy goscmi jeszcze wielokrotnie. Raz jestesmy swiadkami dziwnej sytuacji- przychodzi jakas baba- pijana albo wariatka i się awanturuje, rzuca krzeslami.. zarowno obsluga jak i klienci których się czepila nie mogą jej wyprosic. Udaje się to dopiero gosciom w mundurach którzy przyszli tu na obiad. Od razu widac w oczach większy szacunek, respekt, jakby troche strachu.. tutaj mundur to mundur – babka zaraz się oddala..
Wieczorem idziemy w dal plaza. Trafiamy na klimaty postindustrialne, lwy na których nie można siadac, didżejow bawiacych swoim spiewem i dowcipami puste sale dyskotek, i ktorym pozostaje tylko za znudzonymi kelnerkami się ogladac... Hitem wieczoru jest jakieś specyficzne karaoke- stoi gosc z mikrofonem na kablu, patrzy w telewizor i drzacym lamiacym się glosem spiewa „Rasija radnaja maja” a wokół jezdza dzieci w autkach wynajmowanych na deptaku..
w nocy troche psuje klimat łupiaca nieopodal dyskoteka, ale stopery do uszu daja rade! Cudowny wynalazek!!!
















Odpowiedz z cytatem