DZIEŃ 6:
Wstajemy. Pogoda barowa, nic nowego. Pikuj czeka więc śniadanko i w drogę. Zdobywamy trochę wysokości, im wyżej tym mniej widać.
Droga w tej mgle jest dosyć mylna w tej pogodzie więc te rzadkie żółte znaki szlaku które ciągną się za nami od Wołowca czasami pomagają. Generalnie ten wariant jest raczej mało uczęszczany. U podnóża Pikuja nasza wątła ścieżka dołącza do jakiejś mocniej uczęszczanej, pewnie trasa Biełasowice-Pikuj albo coś w tym rodzaju. Las staje się coraz rzadszy, mokro, jałowce, trawa, wąska dosyć stroma ścieżka, nic nie widać. Gdzieś tutaj gubię mój 30 letni zegarek marki "Raketa", niech dobrze służy następcy :) Widoczność na 30m ale całe szczęście że nie ma wiatru więc jest w miarę ciepło (jak dla mnie ale ja jestem inny :P). Powoli pojawiają się ozdóbki na okolicznych drzewkach.
W końcu Bob szczytuje:
Szczyt niestety tylko zaliczony, ale ja tu jeszcze wrócę!!!
Schodzimy na południowy-zachód napotkaną ścieżką, nie ma sensu w taką pogodę siedzieć na górze. Spotykamy oczywiście szlak zółty :) Według nowej mapy szlak schodzi do Zdeniowej. Powoli wychodzimy z mgły i lasu.
Dochodzimy do pierwszych zabudowań, Bob i Hontas poznają tą wioskę, to Szerbowiec. Więc na mapie jest byk i to nie ostatni zresztą.
Bob i Hontas już byli kiedyś w tej wiosce i wspominają dobrą jajecznicę robioną przez panią sklepową. Idziemy sprawdzić czy to dalej działa. Przechodzimy przez wioskę, mijamy kościółek, sklep jest schowany za kościółkiem. Zamknięty. Pytamy ludzi, pani od sklepu gdzieś wyszła, wkrótce wraca. W sklepie nie ma prądu, remont jakiś więc z jajecznicy klapa. Pijemy piwko, drobne zakupy, goriłka. Zmęczenie powoli daje znać. W planach mamy wyjść ze wsi i gdzieś się rozbić.
Niedaleko za wsią przy drodze znajdujemy dogodne miejsce, czysty strumyczek, trochę miejsca pod iglakami, jedynie mogło by być trochę więcej miejsca na namioty. Klasyczne rytuały, herbatka, kolacja, goriłka, suszenie maneli, spać....
C.D.N.











Odpowiedz z cytatem