A więc w piątek późnym wieczorem wyruszamy na majówkę. Karawan dumnie mknie przez niziny i wyżyny. Nie spieszę się, bo i po co? Mijam jak zwykle Łódź, Kielce, Rzeszów. Z tym, że z Rzeszowa kieruję się na Pogórze Strzyżowskie. Piękne tereny to są. Nie jadę wam żeby zwiedzać, tylko, żeby spotkać się z fachowcem od kiszonych rydzów, a przez pogórze fajnie się jedzie. Spotykamy się z nim w bardzo charakterystycznym miejscu. Miejsce niczym się nie różni od wielu takich samych miejsc na całej kuli ziemskiej. W zasadzie podjeżdżamy jednocześnie na plac przed Mc Donaldsem. Wypiliśmy kawę, pogadaliśmy i przede wszystkim odebrałem od Niego coś. Nie, nie! Nie były to kiszone rydze. /Mam nadzieję, że się załapię na te z tegorocznych zbiorów/. Były to książki, które ufundowałem dla Powsimordów, a które czekały na mnie właśnie tam. Po godzinie się rozjeżdżamy. Jestem Wam winien informacje, dokąd tym razem jedziemy. Otóż, że względu na to, że impreza odbywać się będzie w PC, na bazę wybrałem Wołowate. A więc w Miejscu piastowym kieruje się na południe. Ruch niewielki, mimo, że droga wiedzie ku granicy. Później skręcam w lewo. Teraz już nam się dusze śmieją. Jedziemy dobrze znana nam drogą i wspominamy poprzednie nasze bytności tutaj. Obserwujemy po drodze to, co chcieliśmy zobaczyć, czyli kwitnące na biało lasy. Dla tych widoków przyjeżdżamy tutaj wiosną. W końcu dojeżdżamy do Komańczy. Powody, żeby się tutaj zatrzymać są dwa. Po pierwsze trzeba zobaczyć prace przy odbudowie cerkwi. Prace idą pełna parą. Cerkiew w stanie surowym /nie wiem, czy można stosować to określenie dla budowli drewnianej/ jest już prawie gotowa. Długo zastanawiamy się nad tym, co z wyposażeniem cerkwi? Po drugie idziemy obstalować sobie miejsce na letni pobyt. Gospodarze miło nas wspominają i cieszą się, że do znów wrócimy. Dalej Cisna. Najpierw cmentarz i rozmowa z Bogdanem. Niewiele miał nam do powiedzenia. Później próba zjedzenia czegokolwiek w ulubionej przez nas Herbaciarni. Tutaj zawsze dają pyszne żarełko. Niestety w nocy było tutaj włamanie i już we wczesnych godzinach popołudniowych dzielni Stróże Prawa przeprowadzali wizję lokalną. Cóż nie zjemy nic. Potem rozmowa z Bardem Bieszczadu i jedziemy dalej. Kiedy karawan leniwie się wtoczył na pierwszą przełęcz pomiędzy Cisną, a Kimbówkami Górnymi oczom naszym ukazał się widok, który nie pozwalał nam jechać dalej. W miejscu klimatowej galerii Fantasmagoria stoi WIELKI jak na Bieszczady budynek. Kuźwa! Nic innego nie wpada mi do głowy. Trudno stoi i nie zmienimy tego. Podjeżdżam jednak, żeby zobaczyć, co mieści się w tym cudzie. Otóż mieści się duża karczma, a i na galerię też się miejsce znalazło. Ale kudy jej tam do starej Fantasmagorii. Zmieniają się Bieszczady, oj zmieniają i nie mi oceniać to, czy na lepsze. Ponieważ byliśmy głodni postanowiliśmy zjeść żurek. Niestety ulubionej przeze mnie zupy nie było. Była za to gulaszowi. Na bezrybiu i rak ryba. Zjedliśmy, bo głodni byliśmy. Razem stwierdzamy, ze zupie tej brakuje serca. I to nie serca na talerzu, tylko nikt serca w jej przygotowanie nie włożył. Ot zupa jak wiele innych. Dla takiej zupy nie warto tu wracać. Nie wiem, czy właściciele tego obiektu przysiądą się do ogniska, ale jeżeli przeczytają tę opinię, to może spróbują coś zmienić. Kiedyś jeszcze tam wpadnę. Teraz to tylko zakupy w sklepie w Wetlinie i podróż do Wołowatego. Po drodze mijam pomnik i się zastanawiamy, dlaczego tu stoi? Dojeżdżamy do Wołosatego. Ciekawe, jaka kwatera się nam trafi? Znalazłem ją w Internecie. Trochę się obawiam, ale jest O.K. Po rozpakowaniu się idziemy do Schroniska na żurek i piwo. Potem to już tylko sen nam został…


Odpowiedz z cytatem